Archiwum

maj, 2020

O „kontentach” na LinkedIn i pluralistycznej ignorancji

W filmie Woody Allena „Mężowie i żony” profesor literatury z kryzysem wieku średniego, omawia w taksówce swoją nową powieść, z wyjątkowo ponętną (co potwierdza ilość zakochanych w niej mężczyzn z kryzysem wielu średniego) studentką. Profesor okłamał ją, że to ona  jest pierwszą czytelniczką jego powieści (wcześniej czytała ją jego żona). Studentka, gra ją Juliette Lewis, komentuje, że powieść jest świetna, świetnie się czyta, świetnie napisana. Zachwyt studentki – bezcenny. Jednak kilka scen później, po kilku zwrotach akcji,  studentka komentuje jeszcze raz dzieło pisarza.  Powieść jest schematyczna, postacie stereotypowe, szczególnie rozczarowało ją to, jak jej ulubiony profesor opisuje świat i kobiety.

Dlaczego nie powiedziała prawdy od razu? Dlaczego nie wyraziła swojej prawdziwej opinii na temat książki? Dlaczego nie była szczera?

Przypomniałam sobie tę scenę, czytając ostatnio kilka artykułów na LinkedIn. Zastanawiam się czy to były jednak artykuły; czy może bardziej felietony(?), fragmenty pamiętników(?), a może po prostu te osławione „kontenty”, o których znaczeniu tak wiele mówi się w social media. Lubię czytać, dużo czytam, chociaż mocno do serca wzięłam sobie wypowiedź jednego z profesorów, który na zajęciach powiedział nam, że kulturalni, inteligentni ludzie nie powinni mówić o tym, że czytają, bo to w ich przypadku powinna być rzecz oczywista. Inny profesor powiedział nam, że jeżeli czytając jakąś publikację, nie dowiemy się niczego nowego, to jest to ewidentna strata czasu. Czas – rzecz bezcenna – dobrze więc staranie dobierać lektury.

Czytając teksty na LinkedIn nie spodziewam się bogatej w postacie, skomplikowanej narracji jak u Dostojewskiego, czy nagłych zwrotów akcji jak u Kinga, ale CZEGOŚJednej myśli, zdania, które będzie inspirujące, nowe. Wpadając w szpony algorytmów social media, coraz częściej trafiam jednak na „kontent”, nowy rodzaj publikacji. „Kontent” udaje, że jest artykułem specjalistycznym, poradnikiem, ma sporo polubień i komentarzy. Ufna jestem z natury(sic!), więc zakładam, że skoro  n-osób polubiło daną publikację, to i zawartość nieść musi myśli, które wniosą coś i w moje życie intelektualne. Czytam tekst polubiony przez czytelników, okraszony brawami i… nie ma tam nic:

  1. poza oczywistościami, (ale „więcej” obiecuje mi autor, znajdę podczas jego szkolenia, konsultacji);
  2. poza błędami merytorycznymi, uproszczeniami, lub wręcz pseudowiedzą.

O ile ta pierwsza sytuacja sprawia, że więcej już „kontentu” tego autora nie przeczytam. O tyle druga – sprawia, że mam ochotę skomentować, dopowiedzieć coś od siebie, żeby autor mógł doczytać, sprawdzić. Naiwnie zakładam, że jak autor dowie się czegoś nowego, to pomoże mu lepiej uzasadnić jego tezy. Zakładam, że autor „kontentu” mija się z prawdą, bo może czegoś nie wie, nie trafił na książkę z bibliografią, dlatego pisze „rzeczy nieprawdziwe”. Przecież każdy autor chętnie sobie wiedzę poszerzy, pozna inny punkt widzenia.  Szczególnie chęć dyskusji wzbudzają we mnie seksistowskie, negatywne uwagi o „paniach z haerów”, blondyneczkach i inne „heheszki” na temat płci, bo jak wiadomo mężczyźni pracujący w miastach i wsiach, to sami profesjonaliści, tylko te baby… Jedna Curie-Skłodowska była ok, reszta to bezsensownie wydane pieniądze na edukację(sic!). Bardzo do dyskusji zachęcają mnie też fragmenty o wychodzeniu ze strefy komfortu, i o tym jak podle wygląda życie człowieka, który nie wyszedł z tejże strefy(sic!). Wyjaśnianie wszystkich zachowań człowieka koncepcją Maslowa, też sprawia, że mam ochotę przywołać w komentarzu kilka nazwisk i badań, które mają wskazać autorowi, że w psychologii czasem warto też coś poczytać w całości, a nie tylko korzystać ze streszczeń. Muszę się też przyznać, że silne emocje wzbudzają we mnie teksty, w których pojęcia tłumaczone są innymi pojęciami, a te kolejnymi… Treści niewiele, ale za to słownik terminów (jakiś terminów) studiowany był przez autora konsekwentnie.

Zanim jednak napiszę komentarz, który ma za zadanie,  pokazać autorowi inną perspektywę, czytam co już inni napisali w komentarzach, żeby „nie mnożyć bytów w nieskończoność” i nie powtarzać myśli, którą ktoś już sformułował.  Czytam komentarze pod postem: „Świetne”, „Jak zawsze w punkt!”, „Bardzo ciekawe”, „Brawo Mścisławie!!!”.

Czytam ze zrozumieniem. Sporo tekstów przeczytałam zarówno naukowych, jak i wspomnianego wcześniej Dostojewskiego też samodzielnie ogarnęłam i  zastanawiam się o co chodzi. Co w tym, co autor napisał ma zachwycać??? Tym bardziej, że nie mamy do czynienia z uczniem klas I-III, którego zachęcamy do pisania, i cieszymy się, że maluch samodzielnie coś napisał. Literki koślawe, ale pierwsze wymyślone przez latorośl zdanie, w laurce, na Dzień Matki: „Dziękuję mamo, że dajesz mi jedzenie!”, brzmi jak praca magisterska o konsumpcji, piramidzie żywieniowej i miłości dziecka do matki…

Miłość jest ślepa, a LinkedIn jednak to portal biznesowo-zawodowy

Wśród kilkudziesięciu komentarzy  wreszcie znajduję kilka krytycznych, w których czytelnicy zwracają uwagę autorowi, że „to, co pisze nie do końca jest prawdą”, albo „że uprościł zbytnio”,  że „nie wziął pod uwagę kilku zmiennych„, dopytują o użyte pojęcia,  albo już dosadniej ci bardziej nerwowi piszą, „że to pseudowiedza”, lub że „szkodzi zatruwając umysły niewprawnych czytelników”. Pod spodem reakcja autora i kolegów autora: „Gratuluję masz swojego hejtera”; „ten Pan/ta Pani jest z tego znana” albo „Nie powinien Pan w ten sposób atakować ludzi, Pan Mścisław/Pani Mścisława to świetny człowiek, profesjonalist(k)a, wie co pisze”…. i następuje spijanie sobie z dzióbków, trzepotanie rzęsami.

Na szczęście autor mężnie uspokaja kolegów, że „da sobie radę i że cóż, takie czasy, trzeba znosić ataki i język nienawiści”...

Kurtyna.

Chociaż chciałam coś napisać w komentarzu, to już nie napiszę, bo nie chcę by przy moim nazwisku pojawiło się określenie „hejter”; nie chcę dyskutować na poziomie argumentów „ad personam”. Chociaż chciałam coś napisać, to mam poczucie, że to nic nie da, bo tu o „kontent” chodzi, ilość wyświetleń, pozycjonowanie. Każdy mój komentarz, tylko „zrobi zasięgi”. Ten wpis to tylko zwykły element sprzedaży. Ktoś  na szkoleniu powiedział autorowi, że „kontent” ma być, więc on go przygotowuje. Tylko coś zgrzyta, że nie jest to opatrzone jakimś ostrzeżeniem typu „artykuł sponsorowany”, a autor wabi w swoim opisie samego siebie, że jest „autorem wielu artykułów specjalistycznych i książek”(sic!). W jego „kontentach” nie chodzi o wymianę poglądów, dyskusję. Miałam to szczęście, że podczas mojej całej edukacji, a także „offline” spotykałam głównie ludzi, którzy  są otwarci na „inne zdanie”. W social media, na niektórych profilach celem nie jest dyskusja, rozmowa, ale zachwyt, lajki i komentarze „dałeś czadu”, „ten wpis to samo życie”(sic!). Widać to chociażby po tym, jak Ci, którzy komentując nie zachwycają się, tylko piszą o swoim zdaniu, są atakowani, blokowani. To oni mają ksywkę „hejterów”.

W psychologii społecznej opisuje się  zjawisko określane jako pluralistyczna ignorancja. Pluralistyczna ignorancja polega na tym, że ludzie nie wyrażają swoich prawdziwych poglądów, bo boją się negatywnych reakcji grupy. Boją się odrzucenia, ataków. Nie ujawniając swoich opinii, podtrzymują fałszywy obraz jakieś sytuacji (Gilovich i Ross, 2017, s. 164-165).

Tutaj pojawia się pytanie, czy w interesie autora tekstu jest poznać „inne zdanie”?

Gdy chodzi o zasięgi, merytoryka nie ma znaczenia?

Czy komentarze mają tylko wzmocnić  narcystyczną stronę osobowości autora? Zaspokoić jego potrzebę aprobaty?

Czy jak się coś pisze, to warto jednak usłyszeć inne zdanie, bo dzięki temu człowiek może coś doczytać, sprawdzić, zrozumieć?

W języku francuskim „content” oznacza zadowolony, szczęśliwy. Mam wrażenie, że „content” w social media, coraz mniej daje dobrą jakościowo treść, a coraz częściej to „zadowolenie”. Niestety, zadowolenie tylko autora i kolegów, z którymi umówił się na wzajemne promowanie tegoż „content’u”.

 

ps. Jeżeli znają Państwo jakieś ciekawe strony, blogi, to chętnie przyjmę rekomendacje. Rekomendacje nie muszą być w komentarzach, żeby nie było, że „podbijam zasięgi”;)

 

Gilovich, Ross (2017) Najmądrzejszy w pokoju. Wydawnictwo Smak Słowa.

„Bóg wybacza, wioska nigdy” – jak pomóc szefowi przygotować się do „trudnego” spotkania?

W pracy, spotykamy czasem szefa, który zna się na wszystkim. Ten cudowny(sic!) człowiek, przechodząc przez firmę, ogania się od jednorożców, które wybiegły z okolicznych gajów i kniei, chcąc się z nim przywitać. W biurze poznajesz go po tym, że gdy się zbliża, to jak w bajkach Disney’a, przed nim biegną sarenki, a nad nim śpiewają ptaszki. Pracownicy witają go uśmiechami, machając znad maszyn lub komputerów. Nowo rekrutowani nie pytają o stawki ani zakres obowiązków, bo dla nich jest ważne tylko jedno – pracować z nim i dla niego. No marzenie! Czasami pojawia się jakiś malkontent, pracownik, który ma jakieś uwagi, czegoś nie przyjmuje na słowo, coś by zmienił, coś mu się nie podoba, ale cóż… każdy ma prawo tkwić w bańce swoich negatywnych przekonań. Takich oderwanych od rzeczywistości pracowników, dawało się na nocne zmiany, odsyłało na home office, przeprowadzało się z nimi rozmowę w stylu gombrowiczowskim: „co jest z Tobą nie tak, że Cię nie zachwyca, skoro zachwyca wszystkich”, a szczególnie opornym dawało się szansę na rozwój w innej organizacji. Tak było…. Życie było dla naszego szefa łaskawe.

Dziś bohater naszej historii idzie na spotkanie, włącza komputer, lub bierze telefon do swej dłoni, żeby przekazać swoim współpracownikom informacje dotyczące sytuacji w firmie. Idzie, bo wie, że trzeba w takim momencie z zespołem się spotykać, komunikować. Dowiedział się o tym z licznych webinarów, koledzy szefowie robią to w innych firmach, więc w umyśle naszego-do-marca-uwielbianego-szefa, pojawił się impuls, by takie spotkanie zorganizować także z jego zespołem.

Nasz bohater idzie rozmawia, idzie odpalić ZOOM’a lub inny komunikator, bo wie, że komunikacja z zespołem to ważny element pracy w kryzysie. Idzie spokojny, bo wie, że ludzie go kochają, ma cudowny zespół, a może i dziś jakiś jelonek podejdzie pod okno…

Jeżeli jesteś jego bliskim współpracownikiem, pracownikiem HR, jego kumplem, członkiem rodziny albo po prostu przechodziłeś obok (jesteś jelonkiem?;))…. TO JEST TWÓJ MOMENT. MUSISZ GO POWSTRZYMAĆ!

Nie, że w ogóle ma nie rozmawiać, ale zrób wszystko żeby ten człowiek odpowiedział sobie na następujące pytania:

    1. O co zapytają mnie ludzie?
    2. Które z tych pytań są dla mnie najtrudniejsze?
    3. Które odbieram personalnie? Przy których, zapominam, że dany człowiek „pyta” i o co pyta?
    4. Jak na te pytania odpowiem? (Tu podajesz mu kartkę, żeby spróbował napisać te odpowiedzi, albo ma te odpowiedzi zwerbalizować, korzystając z tego, że ma Ciebie. Analizując odpowiedzi, nie pijecie sobie z dzióbków miodek, tylko szczerze mu mówisz co jest ok, a gdzie go poniosło…).
    5. Potem patrzysz mu głęboko w oczy… i zadajesz mu pytanie, czy zrobił sobie kilka wariantów rozwoju sytuacji jego firmy. Tak głęboko mu patrzysz…. Jak Pani na maturze ustnej z polskiego, gdy nie byłeś w stanie nic powiedzieć o jej ulubionej lekturze. Dopytujesz czy On to sobie wszystko z kolegami z księgowości policzył… w wariancie, który miał karmę dla jednorożców (być może wtedy się dowie, że one przychodziły na żarcie a nie do niego;)) i bez karmy i bez jednorożców. Czy ma plan A i B…?
    6. Czego się ludzie najbardziej boją? Czy można ich obawy uspokoić? Czy ma pomysł jak te „obawy” uspokoić? Jak na nie zareagować?
    7. Czego jego ludzie potrzebują teraz?
    8. Jaki plan zaprezentuje ludziom? Na ten moment? Na najbliższe tygodnie? Na najbliższe dni?
    9. Czy wie czego po spotkaniu oczekuje od ludzi? Czy jest to jasno powiedziane?
    10. Czego najbardziej on się boi podczas spotkania? Czy to realne? Czy to nierealne?
    11. Z iloma osobami na spotkaniu czuje się komfortowo ( przy ilu osobach jest w stanie zarządzać tym spotkaniem)?
    12. Po co robimy to spotkanie? Czy to jak przygotowaliśmy to spotkanie, pozwoli nam zrealizować cel?
    13. Czego nie chce powiedzieć ludziom, ale i tak się dowiedzą….? Więc może warto pomyśleć JAK TO ZROBIĆ…..?

Nie wypuszczaj swojego szefa nieprzygotowanego na takie spotkanie z zespołem.

Przegadaj z nim to. W trudnych, emocjonalnych sytuacjach warto by osoba, która prowadzi takie spotkanie wiedziała co mówi i dlaczego. Nie ma znaczenia, że to zespół, który wcześniej rzucał mu kwiaty pod nogi, teraz oni są pod wpływem emocji, nie wiedzą co będzie. Są w trybie „emocjonalnym”. Po spotkaniu z szefem, warto by byli trochę bardziej „racjonalni”. Nawet jeżeli nie są przekazywane im dobre informacje. Zawsze warto zastanowić się jak to zrobić.

ps. jeżeli jesteś osobą, która często widuje mityczne zwierzęta pod oknami, to… warto przed spotkaniem zespołem skorzystać z konsultacji psychiatrycznej;)