Blog

Kto zabrał moje mydło? Kilka refleksji obok książki…

Kto zabrał moje mydło? Kilka refleksji obok książki…

Przeciętny Polak kupuje podobno półtorej książki rocznie. Myślę, że przeciętny kupuje mniej, bo ja do domu znoszę miesięcznie kilka książek (wczoraj pod wpływem książko-zakupo-holizmu kupiłam 6), co oznacza, że 4Polaków powinno mi podziękować, bo wyrobiłam ich roczną średnią. Co więcej, jeżeli przeczytam te sześć książek to znajdę się w gronie 10% Polaków-Prawdziwych-Czytelników. Polak-Prawdziwy-Czytelnik czyta więcej niż 6książek rocznie.

Czym kieruję się kupując książki? Autor, tematyka, kocham książki… to odpowiedzi banalnie oczywiste. Wszyscy kupują książki z jakiegoś WAŻNEGO POWODU. Tylko nielicznych stać na szczerość, że architekt wnętrz doradził im, że kilka książek oprawionych w skórę i złoto mogą dobrze wyglądać na ich półce w kancelarii. Niestety, ja też czasem dorabiam różne ideologie do zakupu kilkudziesięciu kartek papieru, zamiast szczerze powiedzieć, że czasem dopada mnie po prostu irracjonalna chęć posiadania jakiejś książki. Nie mogę przejść obok niej obojętnie, gdy na przykład tytuł mnie „rozbawia” i chcąc docenić autora tytułu, książkę kupię! „Kto zwędził moje mydło? Jak przetrwać więzienne lata. Podręcznik dla dyrektorów generalnych” – Andy Borowitz’a to książka, którą musiałam mieć.

„Kto zabrał mój ser?” Spencera Johnsona zostało sprzedane w ponad 10milionów egzemplarzy. Niestety, tłumacz Wacław Sadkowski, anielski tytuł „Who moved my soap?” przetłumaczył nie wykorzystując uroczego zwrotu „Kto zabrał…” tym razem „moje mydło?”. Dlaczego tego nie zrobił? Nie znał? Nie wiedział o książce Johnsona? Szkoda, że nikt mu tego nie powiedział… Andy Borowitz chciał w żartobiliwy sposób ułatwić dyrektorem generalnym przetrwanie w więzieniu.  Książka ma lepsze i gorsze momenty ale moją uwagę zwrócił jeden cytat:

na każdym dyrektorze generalnym spoczywa obowiązek prowadzenia życia na najwyższym poziomie dla dobra przedsiębiorstwa. Żyjąc jak pasza, przekazuje (…) sygnał, że przedsiębiorstwo prosperuje świetnie. (…) Prowadziłem życie na najwyższej, jaką sobie umiałem wyobrazić, stopie (…). I jaka mnie za to spotkała nagroda? Bilet do kicia.

„Cysorz to ma klawe życie” – część z nas potrzebuje „zewnętrznych oznak statusu społecznego”. Kiedyś dobry myśliwy, robił sobie naszyjniki z zębów lub pazurów upolowanych drapieżców; szaman tatuował ciało magicznymi znakami, by ludzie wiedzieli kim jest; królowie wkładali sobie na głowę korony… i tak dalej… Jak biedny dyrektor może sobie podkreślić swój status? Co zrobić żeby pokazać, że jest DYREKTOREM, primus inter pares, niby pierwszym wśród równych, ale przecież wiadomo, że NAJPIERWSZYM?

Noszenie czerwonych płaszczy, marynarek do ziemi, w gustowne kropki, obszytych gronostajem odpada. W świecie biznesowym czerwony może być krawat, a nawet powinien być, bo podobno podkreśla władzę (niby że to symbol krwi co dyrektorowi ścieka z twarzy po tym jak rozszarpał kilka gardeł innym kolegom dyrektorom na spotkaniu w firmie(?)). Korona na głowie? Słabiutko, tym bardziej, że nadmiar testosteronu już spowodował wyłysienie i korona się może się ślizgać. Inna biżuteria…? W świecie biznesu, pozwalają tylko na obrączki i sygnety rodowe. A niestety, nie każdy ojciec naszego dyrektora nazywa się Radziwiłł, Potocki itp… Łańcuch królewski mógłby być kuszącą wizją podkreślenia statusu, ale niestety słabo będzie dyndał koło krawata. Pozostają więc naszym dyrektorom drogie zegarki, drogie pióra, garnitury szyte na miarę, ale żeby umieć te atrybuty dyrektorskiej władzy rozpoznać, trzeba się na tych gadżetach znać. Skąd my maluczcy mamy wiedzieć, że ten zegarek wart jest 50000? Co więc pozostaje dyrektorowi? Zegarka możesz nie zauważyć, ale SAMOCHÓD trudniej? Wiadomo, jakie marki wchodzą w grę, a nie wchodzą w grę te, które cechują niskie ceny. Nabijam się tutaj z gadżetów nie tylko dyrektorskich, ale tutaj zadziwię cię czytelniku, ja do dyrektorów i ich zabawek uśmiecham się przyjaźnie. Nawet jeżeli ilość dyrektorów w firmie, jest większa niż ilość zatrudnionych pracowników. Uśmiecham się do szefów- dyrektorów co im się powodzi i niech się im powodzi, bo jak w ich firmach się powodzi to i mi jest dobrze, bo mam zlecenia. I niech sobie noszą co chcą, i jeżdżą czym chcą… Zapracowali. Zasłużyli. Niech mają!  Problem mam tylko z tymi co… udają prestiż, status, powodzenie. Znam Panów dyrektorów co epatują swoim sukcesem, a raczej SUKCESEM a może nawet S U K C E S E M gdzie się da i jak się da. Mówią, opowiadają jakie to sukcesy odnosi ich firma, jak pną się po szczeblach, jakie moją kontakty, jakie pieniądze zarabiają… jeżdżąc swoim BARDZO DROGIM SAMOCHODEM, obfotografują się w różnych drogich miejscach… na każdym kroku podkreślają swój-niewątpliwy-sukces. Przypominają narcystycznych dyktatorów, którzy muszą mieć w każdym mieście swój pomnik, bo przecież jak nie zobaczą swojego pomnika i inni nie zobaczą pomnika, to ktoś pomyśli, że nie sąIMG_1820 wielkim ojcem narodu… A ja tylko zadaję sobie pytanie, czy to, co ten Pan dyrektor opowiada to prawda, czy tylko zwykła marketingowa ściema. Ile jest prawdy w tym co mówi(?). I skoro to prawda, to czemu cały czas o tym mówi. Zastanawia mnie czasem to, co jest na jego wizytówce. Czytam na niej, nazwę jego stanowiska, z której rozumiem poszczególne słowa, ale całość nie składa się w nic sensownego…  Rozmawiając z nim mam wrażenie, że większość z tego co mówi to ściema, którą ciemny lud kupi, bo przecież jak on ma taki zegarek, samochód to musiał odnieść życiowy sukces.

Znam kilku szefów dużych firm, które odniosły sukces i oni są niewątpliwymi twórcami tego sukcesu. Ale u nich na pierwszy plan nie wysuwa się samochód, gadżety liczne, tylko widać człowieka. Co więcej nigdy rozmowa z nimi, nie przypominał spotkania z pawiem, który pokazuje swój przerośnięty ogon… żeby ukryć mały mózg. Paw jakkolwiek ogon ma imponujący jest jednak w rodziny kurowatych.

Ps1. W mojej wyjątkowo subiektywnej ocenie w skali od 1do 10, książka „Kto mi zwędził mydło?” dostałaby 3.

Andy Borowitz

Ps 2. O tym ile, kto w Polsce czyta i kupuje książek przeczytałam w artykule Małgorzaty Niemczyńskiej  (2014) http://wyborcza.pl/1,75475,15405981,Polak_kupuje_srednio_poltorej_ksiazki_rocznie__Czech.html (dostępne 21.01.2015) i Magdaleny Gros (2013) Polak w krainie książki. Newsweek

Ps3 Andy Borowitz (2004) Kto mi zwędził mydło? Wydawnictwo Studio Emka

2 komentarze

  • Monika dnia sty 23, 2015 Reply

    Książki nie czytałam i ocena Julity nie zachęca mnie do sięgnięcia po tą lekturę Ucieszył mnie fakt, że jestem w gronie 10% Polaków-Prawdziwych-Czytelników, który czyta więcej niż 6 książek rocznie
    „spotkania z pawiem, który pokazuje swój przerośnięty ogon… żeby ukryć mały mózg” podpisuję się pod tym stwierdzeniem. Kolejne brawa dla Julity za porównanie. Przejawia się znowu ludzkie mieć a nie BYĆ.
    Pracowałam kiedyś w dużej firmie matce z powiązanymi finansowo spółkami córkami i również spotkałam się z niejednym „pawiem”, który jak kura tylko dziobał rozsypane suche, przypadkowe ziarna wręcz Wszystkożerny, zjada zarówno nasiona jak i zwierzęta, zarówno bezkręgowce jak i drobne kręgowce, w tym jadowite węże;) Nie siał i nie pielęgnował a pysznił się swoimi plonami – „sukcesami” pod postacią słów bez pokrycia. A do tego posiada/ł tylko kilka „pawich piórek” przedmiotów materialnych, które często starają się zdobyć mężczyźni w celu zwiększenia np. swojej atrakcyjności seksualnej.
    Na dzień dzisiejszy mój kontakt z takiego rodzaju osobnikami jest znikomy, wręcz żaden. I teraz wiem (wiele lat pracowałam dla prezesa, dyrektora generalnego „pawia”) że lepiej współpracuje się z szefem, partnerem biznesowym, u którego na pierwszy plan wysuwa się spokój, skromność i bycie człowiekiem.
    Uśmiechajmy się do „pawia”, współczujmy mu bo może „trafiło się jak ślepej kurze ziarno”.

    Plan przeczytania 52książek ambitny – powodzenia, trzymam kciuki za osiągnięcie celu.
    Monika

    • Julita Urbaniuk dnia lut 04, 2015 Reply

      Monika, bardzo mi się podoba przywołanie hasła, że „trafiło się ślepej kurze ziarno”;) po pierwsze paw to rodzina kurowatych, po drugie… tak jeszcze pomyślałam… że ten pawi ogon to coś ewolucyjnie kompletnie bezsensownego… trudno się z tym chodzi, biega…żyje. Funkcja? Być zauważalnym. Ten ogon tak ogromny sprawia, że rzeczywiście paw może mieć problem z oceną rzeczywistości:)pozdrawiam:)

Leave Reply