700stron prawdziwych historii ludzi i zbrodni
Ostatnio znajoma zapytała czy mogę jej polecić coś do przeczytania?
Odpowiedź na to pytanie, to duża odpowiedzialność. A co jeżeli polecona książka się nie spodoba? Poczucie straty czasu u czytelnika może skutkować potem niewybrednymi refleksjami na temat gustu polecającego. Wiarygodność rzecz cenna. Niezręcznie byłoby ją stracić przez nieopatrznie zaproponowany tytuł, który stanie się życzeniem śmierci, dla dobrze zapowiadającej się znajomości. Co polecić?? Co polecić?? Jeżeli właśnie samemu czytało się do drugiej w nocy pewną 700stronnicową cegłę. Już sama ilość stron sugeruje kilka rzeczy o polecającym. Kto czyta takie cegły?
Jak więc można uczciwie polecić Stulecie detektywów?
Każdy, absolutnie każdy miłośnik kryminałów, powinien ją przeczytać.
Każdy, kto potrzebuje przykładów ludzi, którzy zmienili kawałek świata, wprowadzili rzeczy, procedury, które uważamy dziś za oczywistości, powinien ją przeczytać.
Każdy, kto planuje… pozbycie się członka rodziny, współpracownika lub szefa i jeszcze, na szczęście się waha, powinien ją przeczytać, bo może dzięki temu dowie się, że szanse, że wyląduje za kratkami są spore.
Rozwój kryminalistyki ponad 100-150lat temu, był ściśle uzależniony od… zbrodni. Nie było dokumentów identyfikacyjnych. Przestępcy udawali za każdym razem, gdy zostali złapani, że są niewiniątkiem, które tylko raz, ten jeden, jedyny raz, zmagając się z bólem istnienia, weszło na drogę przestępstwa. Rozpoznanie przestępcy zależała od dobrej pamięci stróżów prawa. Bezkarnie zabijano. Jeżeli nie było świadków, nie można było znaleźć morderców. Wiele takich sytuacji sprawiło, że kilku pasjonatów, zaczęło szukać możliwości identyfikacji przestępców. I tak powstała daktyloskopia. Dlaczego tak prostej historii Thorwald poświęcił aż 182strony? Bo to nie była prosta opowieść. Thorwald w reporterski sposób pokazuje nie tylko historię rozwoju kryminalistyki, ale przede wszystkim, opisuje w lakoniczny sposób zbrodnie, które ten rozwój wymuszały. Autor deklaruje, że każdy opis, dialog, nazwisko w publikacji ma swoje źródło w prawdziwych dokumentach. To „czuje się” w książce. Nawet jeżeli czytelnik ma problem z zapamiętywaniem dat, nazwisk to wciągną go historie kryminalne, niby tak odległe, ale… w wielu przypadkach mogłyby wydarzyć się i dziś. Zazdrość, chciwość, pieniądze, głupota, bezmyślność, poczucie bezkarności – świat człowieka, który mimo upływu lat, nie zmienił się tak bardzo. Na szczęście dla nas, dzięki kilkudziesięciu ludziom, techniki śledcze są zdecydowanie bardziej skuteczne i nawet jak ktoś bliski (to się nie zmieniło, na ogół wykańczają nas znajomi lub członkowie rodziny), który w tej chwili tłumi swoje mordercze instynkty, pomoże nam odejść z tego świata, to pewnie wyląduje w więzieniu. Dla ofiary zbrodni może niezbyt to pocieszające, ale ta wiedza dostępna jest też sprawcom, którzy nie chcą w więzieniu spędzić całego swojego życia. Może to sprawia, że drogi czytelniku jeszcze możesz czytać ten tekst dalej i zdążysz przeczytać Stulecie detektywów.
Thorwald nie tworzy cukierkowego świata, który znamy z seriali w stylu CSI, w którym 45minut filmu, odpowiada kilkunastu godzinom, w którym zostają znalezione zwłoki, zebrany materiał, zrobione analizy i złapany morderca. Jakież to proste prawda? Wiele godzin analiz, wiele tygodni analiz, czasem miesięcy pracy – to czas realny badań, a nie w wersji hollywoodzkiej. Przypadek – który czasem sprawi, że toksykolog, coś wcześniej przeczytał, coś usłyszał i „intuicja” kazała mu sprawdzić czy to przypadkiem nie to, przyczyniło się to tego, że zwłoki są zwłokami.
„Stulecie detektywów” to przede wszystkich książka o ludziach, którzy zmieniali świat. To książka o uporze i konsekwencji, a nierzadko o ich ignorancji, poczuciu nieomylności, ludzi, których dziś nazwalibyśmy naukowcami, a kiedyś byli „zwykłym urzędnikiem”, „aptekarzem”, „lekarzem”, „prawnikiem”, „asystentem prokuratora”, „chemikiem”. Ta książka pokazuje też jak duże znaczenie miała postawa tych ludzi, którzy przekonywali świat do spraw, które dziś uważamy za oczywiste. „Za własne pieniądze”; „dla idei” – tak można byłoby opisać działania większości w nich. Czy znamy ich nazwiska? Thorwald je przywołuje. W jego reporterskiej opowieści niektóre z nazwisk przywoływane są wielokrotnie, bo to oni tworzyli stulecie detektywów.
Trzy części książki. Mi najbardziej podobała się pierwsza o daktyloskopii. Autor kokietuje w Posłowiu autora, że można czytać te części w dowolnej kolejności, ale pisze to dopiero w „posłowiu”. Przeczytałam więc po kolei!
Czego w książce zabrakło? Ilustracji i schematów? Prostych schematów, obrazujących na przykład jakie trucizny są odkrywane przez jakie związki. Linii – historycznej linii, na której zaznaczono by poszczególne odkrycia. Cala książka to 700stron słów. Nie wszyscy mogą taką ilość danych – liczb i faktów – zapamiętać, czasem warto czytelnikowi pomóc.
Kolejny minus to opis rozwoju prac niemieckich naukowców. Historia kryminalistyki niemieckiej dziwnie urywa się w 1939roku. Czytając książkę, przypomniała mi się wizyta w monachijskim muzeum BMW, gdzie nie ma śladu wojny i współpracy z nazistami. Są zdjęcia sprzętu wykorzystywanego przez Niemców trakcie wojny, ale o wojnie ani słowa. tylko daty i podpisy kiedy, co zostało wydrukowane… Thorwald robi to samo w swojej książce. Nie ma tematu. Kilka słów, o tym, że niektórzy z toksykologów musieli stanąć przez trudnymi wyborami. Potem kilkanaście zdań o tym, jak Amerykanom i innym okupującym Niemcy, zależało na zdecentralizowanych organach policyjnych, ponieważ obawiano się dużych, scentralizowanych organizacji, który „niesłusznie” kojarzone były z nacjonalistyczną partią. Taka decentralizacja nie przysłużyła się oczywiście dobrze powojennej pracy detektywistycznej. Nie miałabym żalu do autora, gdyby swoją historię skończył na 1939 roku, ale opisuje też świat po 1945. Opisuje przypadki także po roku 1954. Nie chce mi się wierzyć, by jedyną wartą wspomnienia postacią, był szef jednej z jednostek, który brał udział w zamachu na Hitlera. Czy inna naukowiec który stworzył środek silnie trujący i swoje pracę zakończył w 1945roku. Mam dziwne wrażenie, że autor pominął więcej informacji, na temat pracy służb kryminalnych także w latach 1939-45. Czemu nie opisał pracy tych ludzi dla Hitlera? Powód zna pewnie tylko autor. Każdy autor ma prawo wybrać do swojej pracy, te dane, które uważa za najbardziej istotne, reprezentatywne. Każdy czytelnik ma prawo je ocenić subiektywnie.
Czy poleciłam tę książkę koleżance? Nie… przestraszyłam się, że się przestraszy;))) ale… zaprosiłam ją do czytania bloga, więc… może? Pozdrowienia dla Pauliny!
Recenzja, którą przeczytałeś została też opublikowana na stronie Wydawnictwa ZNAK http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2287,Stulecie-detektywow Jak masz chwilę zajrzyj i kliknij „kciuk”;)) może dostanę dzięki tobie kolejną książkę do czytania po nocach!
Jurgen Thorwald (2009) Stulecie detektywów. Wydawnictwo ZNAK. W mojej subiektywnej ocenie książka dostaje mocną 7! w skali od 1-10:)