Archiwum

Napisane przez

W świecie baśni czyli… Precz z Kopciuszkiem!

Kopciuszek – siedzi taka brudna w kącie w piwnicy, robi głupie prace (przebieranie grochu z popiołu trudno uznać za zadanie ambitne), dręczą ją siostry, mobbinguje macocha, ojciec ją olewa… Jej sytuacją niewątpliwie powinno się zająć kilku rzeczników praw obywatelskich oraz sanepid (kto ją taką brudną dopuścił do żywności????!!!!). Siedzi więc, nasza sierota w piwnicy, nie robi nic, nie podejmuje żadnych działań. Nie ma żadnej inicjatywy poza podkarmianiem gryzoni, które roznoszą choróbska. Kopciuszek jest bierna, negatywnie skupiona na użalaniu się nad sobą. Continue reading “W świecie baśni czyli… Precz z Kopciuszkiem!” »

Seksuolożki – czyli kilka refleksji o tym, dlaczego warto przeczytać książkę Marty Szarejko

Jako dziecko pamiętam serię wydawniczą „Poczytaj mi mamo”, czytając „Seksuolożki” miałam wrażenie, że ta książka powinna rozpocząć serię „Przeczytaj TO mamo”. Marta Szarejko, zrobiła rzecz „prostą”, znalazła niesamowite kobiety i pozwoliła im mówić o tym co robią najlepiej. O ich pracy. Woody Allen w jednym ze swoich wywiadów, powiedział, że cały sekret jego pracy polega na tym, że znajduje bardzo dobrych aktorów, którym pozwala robić to, co umieją najlepiej, czyli grać. Prawda jakie to proste? Marta Szarejko spotkała się z 14terapeutkami, edukatorkami, seksuolożkami i poprosiła je żeby opowiedziały o jednym z elementów ich pracy. Już spis treści „Seksuolożek” przykuwa uwagę. To 14podpisanych zdjęć, 14kobiet. Są w różnym wieku, specjalizują się w różnych zagadnieniach związanych z seksualnością.

Uważam, że każda kobieta powinna przeczytać tę książkę. (Chociaż w dzisiejszym świecie, w którym wiemy, że płeć to coś znaczenie bardziej skomplikowanego niż to, na co wskazują znaczki na drzwiach toalet, i w naszym niebinarnym świecie, może lepiej byłoby powiedzieć, że każdy człowiek powinien ją przeczytać.) Po co? Żeby usłyszeć o kawałku cudzego życia tak intymnego jak seksualność. Izabela Jęderek w pierwszym wywiadzie bardzo trafnie podsumowuje, że problemy z seksulanością, to problemy, których się nie rozwiązuje, to problemy, których musimy się wstydzić (s.27). Nasza seksualność jest osadzona w kontekście kulturowym. Normy, wartości i zakazy dotyczące w naszej kulturze nie sprzyjają o rozmowom o seksie. Dlatego tak niesamowite jest śledzenie rozmowy dwóch kobiet, autorki i każdej z terapeutek, która opowiada o problemach ludzi i dramatach związanych z tym życiem. Pedagożki, psycholożki, lekarki opowiadają o problemach, które nie przychodzą do głowy białym, młodym, średnio zamożnym, heteroseksualnym,płodnym i sprawnym kobietom. Nie zdają sobie sprawy jakie problemy mogą mieć wszyscy ci, którzy nie są nimi. W jak trudnej sytuacji może być kobieta, która w małej miejscowości słyszy, że do ginekologa chodzi się tylko w ciąży, osoby z dysfunkcjami intelektualnymi. Jak ważne może być dla życia młodej kobiety, to co mówią do niej rodzice, gdy dorasta. Jak jeden głupi komentarz, może wpłynąć na życie Jak dostępność pornografii wpływa na to jak się postrzegamy, jak kształtujemy nasze zachowania seksualne. Jak same pozbawiamy się „dziewczyńskości”.

Tytuł seksuolożki sugeruje, że książka jest o seksie, ale to książka o kobiecości, kontekście kulturowym, problemach ludzi, którzy chcą żyć inaczej. Miejscami może szokować. Niektórzy mogą się czuć zawstydzeni. Czasem możesz nie zgadzać się z terapeutkami, które na przykład zniechęcają do udziału w porodach ojców. Czasem truizmem mogą wydawać się zdania, że seksualność kobiety, często budowana jest na zakazach, „tego nie wolno…”, „tak nie wypada…”, „tak nie zachowuje się żona, matka.” Smutne może być to, że w dzisiejszym „poukładanym” życiu, w którym kluczowe są wskaźniki efektywności, plan dnia, seks może stać się kolejnym zdaniem. Punktem na liście dnia, bo tak zaleca internetowy poradnik.

Dużo emocji, dużo refleksji na temat życia nie tylko nocnego homo sapiens. Dlatego warto tę książkę przeczytać. „Przeczytaj TO mamo” żeby nie popełnić błędów, które być może popełniła twoja matka.

Marta Szarejko (2021) Seksuolożki. Wydawnictwo Znak Horyzont

ps. zdjęcie zrobiłam w Wilnie.

CLICKBAIT czy historia o zwolnionym pracowniku?

Czasem, w sobotnie popołudnie, po ciężkim tygodniu pracy i obiedzie, zamiast przeczytać książkę, co zerka okładką i z wyrzutem o sobie przypomina, siadam przed komputerem i rzucam się w wir klikania. Szukam czegoś „nowego”. Przyznaję, że dziś na szczęście dla mnie, dość szybko klikać przestałam, bo na samym początku tego działania, wpadłam na wpis o „zwolnionym pracowniku” na LinkedIn. Ponad 700 polubień, ponad 200komentarzy, komentarz osoby, którą znam i lubię… to wszystko sprawiło, że dałam się złapać. Magia liczb. 700 wygląda mi na więcej niż tylko reakcje kolegów z tajnej grupy #zróbmysobiedobrzewsieci czy równie popularnej #tykliknieszmniejaciebie. Moje popołudnie zaczęłam więc od historii, a może historyjki o człowieku, który był świetnym handlowcem, pojechał na targi do Warszawy, tam się okazało, że dostał wypowiedzenie na spotkaniu z „Całym Zarządem”. Tenże CałyZarząd zabrał mu samochód służbowy, kazał wziąć udział w targach branżowych, dał bilet na pociąg do Wrocławia.

Czytam ze zrozumieniem, więc „coś” mi w tej historii (chociaż wzorowanej na najlepszych biblijnych wzorcach, przypowieściach, w których człowiek udaje się w podróż, a tam spotykają go różne niepowodzenia) nie pasowało.

Może to wszystko prawda? Może każe się człowiekowi brać udział w targach, żeby reprezentował firmę, z której właśnie został zwolniony? Może są gdzieś szefowie, kompletnie pozbawieni umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, która pozwala przewidzieć, że skoro ktoś został właśnie zwolniony, to może być słabą reprezentacją firmy na targach? Zakładam jednak, że jeżeli ktoś – jak opisany szef – był w stanie uknuć demoniczny plan, ściągnięcia handlowca do Warszawy pod pretekstem targów, wręczenia mu wypowiedzenia, to zakładał, że inna forma rozwiązania z nim umowy, może być obarczona ryzykiem niezadowolenia pracownika, wyrażonym w niechęci do oddania służbowego samochodu czy innych zasobów. Taki człowiek, lub grupa ludzi, byliby więc też w stanie przewidzieć, że proszenie tego handlowca by reprezentował firmę na targach, jest po prostu głupie. Nie trzeba zbyt dużej inteligencji emocjonalnej, społecznej, czy jakiejkolwiek, by to przewidzieć. Umiarkowany poziom psychopatii też wystarczy, żeby tę prawidłowość zobaczyć.

Czytam historyjkę i wyłapuję kolejną nieścisłość, skoro szef chce żeby człowiek brał udział w kilkudniowych targach, czy daje mu do ręki bilet na pociąg powrotny? Na dodatek bilet na pociąg wieczorem, czyli nasz bohater musiał był sam z biletem na ulicach nieprzyjaznej stolicy przez kilka godzin… Dość paskudny ten CałyZarząd.

Chcę jednak uwierzyć autorowi historyjki. Szukam czegoś, co sprawi, że mu uwierzę. W tekście upokorzony bohater wraca do Wrocławia o 1w nocy. Z ulgą konstatuję, że jest taki pociąg. O 1:04 na Wrocław Główny, przyjeżdża InterCity z Warszawy. Czyli to jednak jest prawda (sic!). Co za ulga!  Inni czytelnicy, bardziej obyci z podłością ludzką, nie mieli takich wątpliwości jak ja. Nie musieli też tak wnikliwie czytać tekstu. W komentarzach czytam o podłych szefach, którzy nie umieją zwalniać; wybierają terminy zwolnienia w urodziny; zwalają na covid; zwalniają najlepszych, bo „taka to Polska rzeczywistość”. Czytając komentarze, dochodzę do wniosku, że świat szefów:

  • to świat socjopatów, którzy polują na ważne daty w życiu pracownika, by właśnie w tym dniu go zwolnić. Ulubione daty dla takich wydarzeń to urodziny, wesela, komunie; wyjątkowo zajadli szefowie wybierają: zaręczyny, rocznice ślubu rodziców, a wyjątkowi koneserzy dręczenia pracowników wybierają – miesięcznice związków i urodziny znajomych(sic!) ?
  • to świat sabotażystów, którzy próbują wykończyć własne firmy, zwalniając najlepszych pracowników. Przecież każdy szef planuje jak pozbyć się najlepszego pracownika  „bez powodu” i „bez uprzedzenia”.
  • to grupa ludzi, która na pewno ma jakieś strony, na których dzieli się sposobami jak wykończyć najlepszych, wykorzystując hasztagi #kolejnydzieńwktórymupokorzyłemkolejnegopracownika, bo ta powtarzalność doświadczeń komentujących musi wskazywać, że istnieje jakiś poradnik jak zwolnić w wyjątkowo upokarzający sposób.
  • Komentarze to kilku zdaniowy opis sytuacji. Ludzie piszą w nich o kawałku swojego doświadczenia. Czy mogą je zniekształcać? Czy mogą wybrać to, co pasuje do ich wersji świata? Czy mogą zdeformować percepcję tego doświadczenia, gloryfikując siebie, a z osoby wręczającej wypowiedzenie zrobić, socjopatę, zło wcielone? Czy jest to możliwe, że za tą tak trudną emocjonalnie, społecznie  sytuację, całą odpowiedzialność chcemy zrzucić na osobę, która nas zwolniła? Czy jest jakaś chociaż mała możliwość, że poza psychopatycznym charakterem jest inny powód, przez który straciliśmy pracę? Czy jest możliwe inne wyjaśnienie?

    Czytając komentarze mam wrażenie, że większość szefów, których ja spotykam, to dewianci, jakieś wyjątkowo rzadkie egzemplarze.

    Szefowie, których poznałam w swojej pracy w większości:

  • wcześniej, zanim pracownika zwolnili, przygotowywali z nim programy naprawcze, przeprowadzali rozmowy itp.
  • mają doświadczenia, że pracownikowi przez x-miesięcy nie mogą wręczyć wypowiedzenia, bo „uciekł na lewe L-4”.
  • stresują się rozmową zwalniającą. Chcą się do niej jak najlepiej przygotować. Dzwonią, spotykają się, dopytując czy można „to” „tak” powiedzieć pracownikowi…
  • wiedzą, że wśród swoich obowiązków mają też „zwalnianie”, ale nie jest to ich ulubiona „rozrywka” i nie mają za każdego zwolnionego pracownika nacięcia na biurku. Sytuacje rozwiązania umowy z pracownikiem, traktują w kategoriach trudnego doświadczenia.
  • jeżeli z jakiegoś obiektywnego powodu, muszą zwolnić dobrego pracownika, próbują mu pomóc znaleźć pracę.
  • nie zwalniają najlepszych pracowników. Jeżeli sami się zwolnili, to chętnie ich przyjmują z powrotem, jeżeli chcą wrócić do firmy.
  • Czy tylko ja mam takie szczęście? Do takich ludzi? Czy to jest tylko „moja Polska” rzeczywistość?

    A może ta historyjka tylko CLICKBAIT?

    To pytanie pojawiło się w kilku komentarzach.  Tekst, który ma zapewnić autorowi „lajki”, „klikanie”. Tekst emocjonalny, uruchamiający nasze poczucie, że „świat nie powinien tak wyglądać”, „żaden bóg tak nie chciał”, „bohaterów nie razi się prądem” itp. Chcąc naprawić więc to zło, które wyrządził zły-zarząd-z-Warszawy dobremu-handlowcowi-z-Wrocławia, piszemy komentarz. „Też to przeżyłem, ale już jest dobrze”, „kolega kolegi też tak miał” – oswajamy doświadczenie. „Jaka to firma???” – krzyczymy, chcąc ukarać ich odpowiednim wpisem na ich firmowej stronie? „Taka jest Polska właśnie”… Emocjonalny tekst, emocjonalne komentarze.

    Jaki jest morał z tej opowieści? Ilu czytelników po przeczytaniu ponarzeka dzisiaj na złych szefów, którzy tylko czekają na koniec miesiąca żeby zwolnić nas sprawiedliwych i dobrych? Czy my jako czytelnicy tej przypowieści o człowieku wędrującym własnym samochodem do Warszawy, tam sponiewieranym i upokorzonym, który jednak zebrał swój dobytek w dwie torby i wrócił, wyciągnęliśmy jakiś pozytywny morał, poza tym, że jadąc do innego miasta na spotkanie z szefem, warto usunąć ze służbowego samochodu prywatne rzeczy, zabrać ciepłą kurtkę i samodzielnie sprawdzić połączenia kolejowe, żeby nie czekać aż do 20.45 na dworcu Warszawa Główna?

    Czy o to chodziło autorowi CLICKBAIT?

     

    ps. Wszystkich czytających, u których pojawi się podejrzenie, że jestem niepoprawną optymistką,  chciałam uspokoić, że „słyszałam” wiele mrożących krew w żyłach historii o szefach, psychopatach z różnych części Polski i tych „zagranicznych” też. Mówili mi je wiarygodni ludzie. Mam też personalia tych szczególnie niebezpiecznych i w miarę możliwości ostrzegam przed nimi rodzinę i przyjaciół. 🙂 Na szczęście nie poznałam ich osobiście.

     

    Noworocznym postanowieniom mówimy „NIE”!!!

    Ona: Masz już jakieś postanowienia na Nowy Rok?

    On: Tak, mam. Nie będę palił.

    Ona: Ale przecież ty nie palisz?

    On: Wiem, i dlatego, tym łatwiej będzie mi wytrwać w tym postanowieniu.

    Tę historię opowiedziała Agata Białoszewska składając życzenia uczestnikom koncertu Mis i Gongów  Tybetańskich. Uczestnikom koncertu, w Nowym Roku, życzyła DOBRYCH KONTYNUACJI. Kontynuacji rzeczy, które nam wychodzą, które są dla nas dobre. Piękne życzenia.

    Postanowienia zwykle dotyczą tego, co chcemy zmienić. Zmotywowani przez różne poradniki siadamy z długopisem w ręku i… czarujemy rzeczywistość. W przyszłym roku, dzięki zapisanym na kartce punktom będziemy szczuplejsi, zdrowsi, ładniejsi, będziemy mieli lepsze relację z ludźmi. Jakie to proste! Wystarczy umiejętność pisania i papier. „Będę więcej… będę mniej… będę… zrobię… ” – plany na zmiany w naszym życiu w momencie zapisywania wydają się ważne, ciekawe, fajne. Niewątpliwie, gdyby je zrealizować, twoje życie zmieniłoby się. Niestety (a może na szczęście?), po kilku tygodniach, które mijają od Sylwestra, nauka języka fińskiego, może nie wydawać się już tak świetnym pomysłem; najzdrowsza marchewka nie przypomina w smaku czekolady; a wyjście ze znajomymi po 10godzinach w pracy, dwóch godzinach w korkach, przy minusowych temperaturach za oknem, jakoś przestaje mieć aż tak wysoki priorytet. Nasze postanowienia związane ze zdrowiem, ludźmi, naszym rozwojem, zderzają się z codzienną rzeczywistością. Dopada nas codzienna rutyna, zmęczenie, czas poświęcony na rzeczy, które trzeba zrobić. Kiedy w tym wszystkim realizować postanowienia? Pojawia się problem: „kiedy to robić??”. Oczywiście, zawsze znajdzie się w twoim otoczeniu jakiś „lajfkołcz”, który autorytarnym tonem stwierdzi, że wszystko jest kwestią organizacji i ustawienia priorytetów, a twoje nierealizowanie planów noworocznych to wymówka, bo nie chcesz wyjść poza swoją strefę komfortu. W takim momencie ze strefy komfortu wpadasz w strefę poczucia winy. Z perspektywy twojego lajfkołcza (który sam jest singlem i głównymi problemami, z którymi się boryka to decyzja czy pójść na siłownię, ugotować coś zdrowego czy przeczytać kolejną książkę z zakresu automotywacji), nieprzespana noc, którą spędziłeś z chorym dzieckiem, to tylko kwestia „nieodpowiedniej organizacji swojego czasu”, a to, że  potem przez cały tydzień nie masz jak odespać tej nocy to kwestia jakiś mechanizmów, które są po to, by nie ruszyć ścieżką prawdziwych wyzwań, bo boisz się zmian w swoim życiu. Twój lajfkołcz cię dręczy; kartka z postanowieniami przygnębia. Ostatnim wysiłkiem woli, próbujesz je realizować, ale już wiesz, że twoje wyjście poza strefę komfortu to późne godziny wieczorne, bo wtedy „masz czas”. Niestety, wiesz też, że po 22, karta z postanowieniami budzi agresję, albo depresję.

    Postanowienia nie dają nam często siły. Stają się dodatkowym balastem, wśród wielu-nie-zrobionych-rzeczy. Poczucie winy nie jest dobrym przyjacielem wdrażania ani postanowień, ani jakichkolwiek działań. Nie funduj sobie kolejnej listy pobożnych życzeń, „dobrych zmian”.

    W tym roku, zamiast listy postanowień przygotuj listę kontynuacji. Kontynuacji rzeczy, które ci wychodzą, dają radość, energię. W naturalny sposób jesteś w tych rzeczach dobrzy. Nie ma możliwości, żebyś w tych kontynuacjach nawalił.

    Co dobrze ci wychodzi?

    Co daje ci szczęście? Energię?

    Do czego się uśmiechasz?

    To jest twoja kontynuuacja!

    Zrób sobie taką listę na przyszły rok i… konsekwentnie kontynuuj. Rok 2017 rokiem DOBRYCH KONTYNUUACJI

    Tego ci życzę.

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Postanowienie noworoczne lidera projektu

    Nowy Rok, to czas licznych deklaracji i obietnic, które formułujemy w stosunku do własnej osoby. Może tym razem, warto przygotować jakieś postanowienia, na których nie będą korzystali tylko producenci plastrów nikotynowych oraz środków na odchudzanie? Podobno te właśnie produkty najczęściej łączą się z postanowieniami noworocznymi. Czy w tym roku możesz zrobić coś więcej poza odchudzaniem się i rzucaniem palenia? Może czas na „liderskie” postanowienia noworoczne?

    Continue reading “Postanowienie noworoczne lidera projektu” »

    Mistrzowie FAKAPU. Czy Dan Lyons w swojej książce FAKAP opisał także twoją pracę?

    Wyobraź sobie, organizację, w której pracują najlepsi ludzie. Specjaliści w swojej branży, doceniani przez szefa i współpracowników. Wyobraź sobie, że ci pracownicy słyszą od swoich przełożonych, że są świetni; że praca z nimi to prawdziwe szczęście; że wszystkie firmy zazdroszczą, że nie pracują „dla nich”. Wyobraź sobie, że w tej pracy, podkreśla się „ducha pracy zespołowej”, a podczas każdego spotkania atakują cię: równanie „1+1=3” i odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „SYNERGIA”. Wyobraź sobie, że wszyscy w tej pracy, podkreślają, znaczenie atmosfery, a szefowie przy każdej okazji zachęcają cię, żebyś współtworzył miejsce, które pokochasz…

    Co ty na to? Czy już piszesz CV i list motywacyjny? Czy już zamawiasz w pobliskim studio tatuaży, tatuaż z nazwą firmy, by od początku, na 1000% identyfikować się z organizacją? Czy w tym momencie pojawia się w twojej głowie pełne podejrzliwości pytanie: „A tak serio? Gdzie jest haczyk?”.

    Continue reading “Mistrzowie FAKAPU. Czy Dan Lyons w swojej książce FAKAP opisał także twoją pracę?” »

    Lubimy słuchać historii? „Szef w relacji zespołem”. Subiektywnie o książce, zawodnikach SUMO, Adventure Race i ludziach…

    „Jeżeli czytasz  jakąś książkę i ze wszystkim się, w tej książce zgadzasz, to…tracisz czas”. Dawno, dawno temu usłyszałam takie zdanie od jednego z wykładowców. Przeczytałam właśnie taką książkę. W trakcie jej lektury często miałam wrażenie, że „to chyba nie tak”; „tak się nie robi”, „to by chyba nie wyszło”, „takie rzeczy to tylko w jednej sieci (jak nawoływała jedna z reklam)”, a jednocześnie „coś sprawiało”, że czytałam książkę dalej i byłam ciekawa „jak rozwinie się akcja”. Główny bohater książki – „szef” – zgodnie z zasadami pisania scenariusza Hitchcock’a może zginąć dość szybko, bo już w drugiej fazie procesów grupowych. Na szczęście, jeżeli szef przeżyje zachowania swojego zespołu, ma szansę „pod koniec filmu” usłyszeć pytanie „No dobrze, szefie, to co dalej?”. Nie jest to już jednak pytanie bezradnej grupy, która nie wie co robić, tylko początek pracy z zespołem, z mądrymi ludźmi. Książka streszczona w trzech zdaniach? Czy warto ją przeczytać? Odpowiedź na to pytanie, przyszła sama, gdy jeden z uczestników szkolenia, zapytał mnie dzisiaj czy poleciłabym „coś” do poczytania o zarządzaniu ludźmi. Pierwszym tytułem był  właśnie ta książka – „Szef w relacji z zespołem” Agnieszki Zych i Roberta Zycha. W tak prosty sposób zadział efekt świeżości. Dopiero co przeczytana książka staje się „godna polecenia”? Co sprawiło, że poleciłam dziś tę publikację?

    Continue reading “Lubimy słuchać historii? „Szef w relacji zespołem”. Subiektywnie o książce, zawodnikach SUMO, Adventure Race i ludziach…” »

    W szponach infodemii – czyli jak przeżyć weekend?

    W psychologii dość często używamy sformułowania, że „mózg jest ślepy”. W dużym uproszczeniu oznacza to, że mózg przetwarza te informacje, które mu dostarczysz. Co dostarczasz mu przez ostatni tydzień?

    Na części ekranów, zamiast zdjęć z uroczymi małymi kotkami, znacząco częściej pojawiają się informacje z Chin, Włoch (i nie chodzi o planowanie wakacji(sic!)); analizy giełdowe, trochę danych ze statystki oraz medycyny (pewnie odkryłeś już jak wielu znajomych ma wiedzę, którą przez lata ukrywało z biotechnologii, medycyny, analiz finansowych(sic!)). Dodatkowo znajomi, też raczej nie dzwonią do Ciebie, żeby się umówić na weekendowy wypad, tylko z informacjami, z których kiedyś śmiałbyś się, że naczytali się Nostradamusa, ale teraz sam się zastanawiasz czy…. przypadkiem klucz ptaków na niebie nie układa się w jakieś charakterystyczne kształty i niebiosa nie dają Ci jakiś znaków. Jeżeli w tym opisie rozpoznajesz kilka  swoich ostatnich dni, warto spojrzeć na swoje życie emocjonalne i strategie „ogarniania rzeczywistości” z poziomu „meta”.

    Zazwyczaj szukamy danych/liczb/faktów żeby zachowywać się racjonalnie. W normalnym, przewidywalnym świecie merytoryka pomaga i uspokaja. W czasach „infodemii”, kiedy wiele tekstów powinno być podpisane pseudonimem Kasandra, warto sobie uświadomić, że strategia poszukiwania informacji może skutkować podwyższonym ciśnieniem, problem ze snem, i kompulsywnym zastanawianiem się czy ta chrypka to tylko chrypka, czy właśnie jesteś pacjentem zero w swojej rodzinie. Spora część tekstów, które czytasz, nie działa na poziomie merytorycznym, racjonalnym, tylko emocjonalnym. Czytając kolejną biografię osoby z covid, porównując ją z własnym życiem, nie dostarczasz sobie informacji, które pomagają Ci się lepiej poczuć, mieć siłę na kolejny tydzień. Dostarczasz sobie informacji, które męczą cię na poziomie emocjonalnym. Informacje, które czytasz niewiele już na twoje życie wpływają, bo raczej i tak już ograniczyłeś swoje „wyjścia”, „kontakty”, zrobiłeś odpowiedni wywar z imbiru, kupiłeś kolejne mydło, zrobiłeś zakupy. Strategia, która wcześniej była, być może dla Ciebie idealna – poszukiwanie informacji, danych – teraz przez to, że do komputerów dorwały się Kasandry grafomanki, stała się negatywną.

    Zrobiłeś wszystko co mogłeś zrobić w tym momencie. Jeżeli nie planujesz spekulacji na giełdzie, inwestycji w maseczki chirurgiczne, zakup akcji Orlenu, to…. przed tobą kolejne zadanie – czekasz. Sama sytuacja izolacji jest trudna. Nie wiemy co wydarzy się w następnych tygodniach, bo w przypadku covid-19 nie mamy danych historycznych. Pierwszy raz jesteśmy w tej sytuacji. Przed tobą weekend. Dwa dni. Zrób w sposób świadomy coś, co da ci siłę, energię na kolejny dzień. Zrób coś, co pomoże Ci przetrwać kolejny tydzień.

    Zastanów się:

  • Co zazwyczaj pomaga Ci w trudnych sytuacjach? Czy teraz możesz to zrobić?
  • Czy masz kogoś, z kim kontakt Cię uspokaja, po rozmowie z kim czujesz się zazwyczaj lepiej? Czy możesz teraz z nim/z nią pogadać?
  • Czy jest jakaś aktywność, która daje ci pozytywne emocje? Czy możesz teraz to zrobić?
  •  

    Jeżeli musisz zbierać informacje o covid-19, to:

  • Zastanów się, które strony są dla Ciebie naprawdę wartościowe, które wnoszą rzetelne informacje.
  • Ogranicz czas twoich analiz. Załóż, że w sobotę, poświęcisz np. 30min, 40 min, 60min(?) na czytanie o covid-19. Nie dręcz siebie i rodziny liczeniem poszczególnych osób zakażonych na świecie. Pomierz sobie inne rzeczy w ten weekend(sic!).
  • Rozejrzyj się wokół siebie, czy twoje notatki prasowe ze świata zagrożeń epidemiologicznych pomagają twoim bliskim przeżyć dzień, czy oni jeszcze bardziej się przez to stresują? Pomagasz im czy wykańczasz?
  •  

    Oszczędzaj siły:)

    Odporności!!!:)

    O „kontentach” na LinkedIn i pluralistycznej ignorancji

    W filmie Woody Allena „Mężowie i żony” profesor literatury z kryzysem wieku średniego, omawia w taksówce swoją nową powieść, z wyjątkowo ponętną (co potwierdza ilość zakochanych w niej mężczyzn z kryzysem wielu średniego) studentką. Profesor okłamał ją, że to ona  jest pierwszą czytelniczką jego powieści (wcześniej czytała ją jego żona). Studentka, gra ją Juliette Lewis, komentuje, że powieść jest świetna, świetnie się czyta, świetnie napisana. Zachwyt studentki – bezcenny. Jednak kilka scen później, po kilku zwrotach akcji,  studentka komentuje jeszcze raz dzieło pisarza.  Powieść jest schematyczna, postacie stereotypowe, szczególnie rozczarowało ją to, jak jej ulubiony profesor opisuje świat i kobiety.

    Dlaczego nie powiedziała prawdy od razu? Dlaczego nie wyraziła swojej prawdziwej opinii na temat książki? Dlaczego nie była szczera?

    Przypomniałam sobie tę scenę, czytając ostatnio kilka artykułów na LinkedIn. Zastanawiam się czy to były jednak artykuły; czy może bardziej felietony(?), fragmenty pamiętników(?), a może po prostu te osławione „kontenty”, o których znaczeniu tak wiele mówi się w social media. Lubię czytać, dużo czytam, chociaż mocno do serca wzięłam sobie wypowiedź jednego z profesorów, który na zajęciach powiedział nam, że kulturalni, inteligentni ludzie nie powinni mówić o tym, że czytają, bo to w ich przypadku powinna być rzecz oczywista. Inny profesor powiedział nam, że jeżeli czytając jakąś publikację, nie dowiemy się niczego nowego, to jest to ewidentna strata czasu. Czas – rzecz bezcenna – dobrze więc staranie dobierać lektury.

    Czytając teksty na LinkedIn nie spodziewam się bogatej w postacie, skomplikowanej narracji jak u Dostojewskiego, czy nagłych zwrotów akcji jak u Kinga, ale CZEGOŚJednej myśli, zdania, które będzie inspirujące, nowe. Wpadając w szpony algorytmów social media, coraz częściej trafiam jednak na „kontent”, nowy rodzaj publikacji. „Kontent” udaje, że jest artykułem specjalistycznym, poradnikiem, ma sporo polubień i komentarzy. Ufna jestem z natury(sic!), więc zakładam, że skoro  n-osób polubiło daną publikację, to i zawartość nieść musi myśli, które wniosą coś i w moje życie intelektualne. Czytam tekst polubiony przez czytelników, okraszony brawami i… nie ma tam nic:

    1. poza oczywistościami, (ale „więcej” obiecuje mi autor, znajdę podczas jego szkolenia, konsultacji);
    2. poza błędami merytorycznymi, uproszczeniami, lub wręcz pseudowiedzą.

    O ile ta pierwsza sytuacja sprawia, że więcej już „kontentu” tego autora nie przeczytam. O tyle druga – sprawia, że mam ochotę skomentować, dopowiedzieć coś od siebie, żeby autor mógł doczytać, sprawdzić. Naiwnie zakładam, że jak autor dowie się czegoś nowego, to pomoże mu lepiej uzasadnić jego tezy. Zakładam, że autor „kontentu” mija się z prawdą, bo może czegoś nie wie, nie trafił na książkę z bibliografią, dlatego pisze „rzeczy nieprawdziwe”. Przecież każdy autor chętnie sobie wiedzę poszerzy, pozna inny punkt widzenia.  Szczególnie chęć dyskusji wzbudzają we mnie seksistowskie, negatywne uwagi o „paniach z haerów”, blondyneczkach i inne „heheszki” na temat płci, bo jak wiadomo mężczyźni pracujący w miastach i wsiach, to sami profesjonaliści, tylko te baby… Jedna Curie-Skłodowska była ok, reszta to bezsensownie wydane pieniądze na edukację(sic!). Bardzo do dyskusji zachęcają mnie też fragmenty o wychodzeniu ze strefy komfortu, i o tym jak podle wygląda życie człowieka, który nie wyszedł z tejże strefy(sic!). Wyjaśnianie wszystkich zachowań człowieka koncepcją Maslowa, też sprawia, że mam ochotę przywołać w komentarzu kilka nazwisk i badań, które mają wskazać autorowi, że w psychologii czasem warto też coś poczytać w całości, a nie tylko korzystać ze streszczeń. Muszę się też przyznać, że silne emocje wzbudzają we mnie teksty, w których pojęcia tłumaczone są innymi pojęciami, a te kolejnymi… Treści niewiele, ale za to słownik terminów (jakiś terminów) studiowany był przez autora konsekwentnie.

    Zanim jednak napiszę komentarz, który ma za zadanie,  pokazać autorowi inną perspektywę, czytam co już inni napisali w komentarzach, żeby „nie mnożyć bytów w nieskończoność” i nie powtarzać myśli, którą ktoś już sformułował.  Czytam komentarze pod postem: „Świetne”, „Jak zawsze w punkt!”, „Bardzo ciekawe”, „Brawo Mścisławie!!!”.

    Czytam ze zrozumieniem. Sporo tekstów przeczytałam zarówno naukowych, jak i wspomnianego wcześniej Dostojewskiego też samodzielnie ogarnęłam i  zastanawiam się o co chodzi. Co w tym, co autor napisał ma zachwycać??? Tym bardziej, że nie mamy do czynienia z uczniem klas I-III, którego zachęcamy do pisania, i cieszymy się, że maluch samodzielnie coś napisał. Literki koślawe, ale pierwsze wymyślone przez latorośl zdanie, w laurce, na Dzień Matki: „Dziękuję mamo, że dajesz mi jedzenie!”, brzmi jak praca magisterska o konsumpcji, piramidzie żywieniowej i miłości dziecka do matki…

    Miłość jest ślepa, a LinkedIn jednak to portal biznesowo-zawodowy

    Wśród kilkudziesięciu komentarzy  wreszcie znajduję kilka krytycznych, w których czytelnicy zwracają uwagę autorowi, że „to, co pisze nie do końca jest prawdą”, albo „że uprościł zbytnio”,  że „nie wziął pod uwagę kilku zmiennych„, dopytują o użyte pojęcia,  albo już dosadniej ci bardziej nerwowi piszą, „że to pseudowiedza”, lub że „szkodzi zatruwając umysły niewprawnych czytelników”. Pod spodem reakcja autora i kolegów autora: „Gratuluję masz swojego hejtera”; „ten Pan/ta Pani jest z tego znana” albo „Nie powinien Pan w ten sposób atakować ludzi, Pan Mścisław/Pani Mścisława to świetny człowiek, profesjonalist(k)a, wie co pisze”…. i następuje spijanie sobie z dzióbków, trzepotanie rzęsami.

    Na szczęście autor mężnie uspokaja kolegów, że „da sobie radę i że cóż, takie czasy, trzeba znosić ataki i język nienawiści”...

    Kurtyna.

    Chociaż chciałam coś napisać w komentarzu, to już nie napiszę, bo nie chcę by przy moim nazwisku pojawiło się określenie „hejter”; nie chcę dyskutować na poziomie argumentów „ad personam”. Chociaż chciałam coś napisać, to mam poczucie, że to nic nie da, bo tu o „kontent” chodzi, ilość wyświetleń, pozycjonowanie. Każdy mój komentarz, tylko „zrobi zasięgi”. Ten wpis to tylko zwykły element sprzedaży. Ktoś  na szkoleniu powiedział autorowi, że „kontent” ma być, więc on go przygotowuje. Tylko coś zgrzyta, że nie jest to opatrzone jakimś ostrzeżeniem typu „artykuł sponsorowany”, a autor wabi w swoim opisie samego siebie, że jest „autorem wielu artykułów specjalistycznych i książek”(sic!). W jego „kontentach” nie chodzi o wymianę poglądów, dyskusję. Miałam to szczęście, że podczas mojej całej edukacji, a także „offline” spotykałam głównie ludzi, którzy  są otwarci na „inne zdanie”. W social media, na niektórych profilach celem nie jest dyskusja, rozmowa, ale zachwyt, lajki i komentarze „dałeś czadu”, „ten wpis to samo życie”(sic!). Widać to chociażby po tym, jak Ci, którzy komentując nie zachwycają się, tylko piszą o swoim zdaniu, są atakowani, blokowani. To oni mają ksywkę „hejterów”.

    W psychologii społecznej opisuje się  zjawisko określane jako pluralistyczna ignorancja. Pluralistyczna ignorancja polega na tym, że ludzie nie wyrażają swoich prawdziwych poglądów, bo boją się negatywnych reakcji grupy. Boją się odrzucenia, ataków. Nie ujawniając swoich opinii, podtrzymują fałszywy obraz jakieś sytuacji (Gilovich i Ross, 2017, s. 164-165).

    Tutaj pojawia się pytanie, czy w interesie autora tekstu jest poznać „inne zdanie”?

    Gdy chodzi o zasięgi, merytoryka nie ma znaczenia?

    Czy komentarze mają tylko wzmocnić  narcystyczną stronę osobowości autora? Zaspokoić jego potrzebę aprobaty?

    Czy jak się coś pisze, to warto jednak usłyszeć inne zdanie, bo dzięki temu człowiek może coś doczytać, sprawdzić, zrozumieć?

    W języku francuskim „content” oznacza zadowolony, szczęśliwy. Mam wrażenie, że „content” w social media, coraz mniej daje dobrą jakościowo treść, a coraz częściej to „zadowolenie”. Niestety, zadowolenie tylko autora i kolegów, z którymi umówił się na wzajemne promowanie tegoż „content’u”.

     

    ps. Jeżeli znają Państwo jakieś ciekawe strony, blogi, to chętnie przyjmę rekomendacje. Rekomendacje nie muszą być w komentarzach, żeby nie było, że „podbijam zasięgi”;)

     

    Gilovich, Ross (2017) Najmądrzejszy w pokoju. Wydawnictwo Smak Słowa.

    „Bóg wybacza, wioska nigdy” – jak pomóc szefowi przygotować się do „trudnego” spotkania?

    W pracy, spotykamy czasem szefa, który zna się na wszystkim. Ten cudowny(sic!) człowiek, przechodząc przez firmę, ogania się od jednorożców, które wybiegły z okolicznych gajów i kniei, chcąc się z nim przywitać. W biurze poznajesz go po tym, że gdy się zbliża, to jak w bajkach Disney’a, przed nim biegną sarenki, a nad nim śpiewają ptaszki. Pracownicy witają go uśmiechami, machając znad maszyn lub komputerów. Nowo rekrutowani nie pytają o stawki ani zakres obowiązków, bo dla nich jest ważne tylko jedno – pracować z nim i dla niego. No marzenie! Czasami pojawia się jakiś malkontent, pracownik, który ma jakieś uwagi, czegoś nie przyjmuje na słowo, coś by zmienił, coś mu się nie podoba, ale cóż… każdy ma prawo tkwić w bańce swoich negatywnych przekonań. Takich oderwanych od rzeczywistości pracowników, dawało się na nocne zmiany, odsyłało na home office, przeprowadzało się z nimi rozmowę w stylu gombrowiczowskim: „co jest z Tobą nie tak, że Cię nie zachwyca, skoro zachwyca wszystkich”, a szczególnie opornym dawało się szansę na rozwój w innej organizacji. Tak było…. Życie było dla naszego szefa łaskawe.

    Dziś bohater naszej historii idzie na spotkanie, włącza komputer, lub bierze telefon do swej dłoni, żeby przekazać swoim współpracownikom informacje dotyczące sytuacji w firmie. Idzie, bo wie, że trzeba w takim momencie z zespołem się spotykać, komunikować. Dowiedział się o tym z licznych webinarów, koledzy szefowie robią to w innych firmach, więc w umyśle naszego-do-marca-uwielbianego-szefa, pojawił się impuls, by takie spotkanie zorganizować także z jego zespołem.

    Nasz bohater idzie rozmawia, idzie odpalić ZOOM’a lub inny komunikator, bo wie, że komunikacja z zespołem to ważny element pracy w kryzysie. Idzie spokojny, bo wie, że ludzie go kochają, ma cudowny zespół, a może i dziś jakiś jelonek podejdzie pod okno…

    Jeżeli jesteś jego bliskim współpracownikiem, pracownikiem HR, jego kumplem, członkiem rodziny albo po prostu przechodziłeś obok (jesteś jelonkiem?;))…. TO JEST TWÓJ MOMENT. MUSISZ GO POWSTRZYMAĆ!

    Nie, że w ogóle ma nie rozmawiać, ale zrób wszystko żeby ten człowiek odpowiedział sobie na następujące pytania:

      1. O co zapytają mnie ludzie?
      2. Które z tych pytań są dla mnie najtrudniejsze?
      3. Które odbieram personalnie? Przy których, zapominam, że dany człowiek „pyta” i o co pyta?
      4. Jak na te pytania odpowiem? (Tu podajesz mu kartkę, żeby spróbował napisać te odpowiedzi, albo ma te odpowiedzi zwerbalizować, korzystając z tego, że ma Ciebie. Analizując odpowiedzi, nie pijecie sobie z dzióbków miodek, tylko szczerze mu mówisz co jest ok, a gdzie go poniosło…).
      5. Potem patrzysz mu głęboko w oczy… i zadajesz mu pytanie, czy zrobił sobie kilka wariantów rozwoju sytuacji jego firmy. Tak głęboko mu patrzysz…. Jak Pani na maturze ustnej z polskiego, gdy nie byłeś w stanie nic powiedzieć o jej ulubionej lekturze. Dopytujesz czy On to sobie wszystko z kolegami z księgowości policzył… w wariancie, który miał karmę dla jednorożców (być może wtedy się dowie, że one przychodziły na żarcie a nie do niego;)) i bez karmy i bez jednorożców. Czy ma plan A i B…?
      6. Czego się ludzie najbardziej boją? Czy można ich obawy uspokoić? Czy ma pomysł jak te „obawy” uspokoić? Jak na nie zareagować?
      7. Czego jego ludzie potrzebują teraz?
      8. Jaki plan zaprezentuje ludziom? Na ten moment? Na najbliższe tygodnie? Na najbliższe dni?
      9. Czy wie czego po spotkaniu oczekuje od ludzi? Czy jest to jasno powiedziane?
      10. Czego najbardziej on się boi podczas spotkania? Czy to realne? Czy to nierealne?
      11. Z iloma osobami na spotkaniu czuje się komfortowo ( przy ilu osobach jest w stanie zarządzać tym spotkaniem)?
      12. Po co robimy to spotkanie? Czy to jak przygotowaliśmy to spotkanie, pozwoli nam zrealizować cel?
      13. Czego nie chce powiedzieć ludziom, ale i tak się dowiedzą….? Więc może warto pomyśleć JAK TO ZROBIĆ…..?

    Nie wypuszczaj swojego szefa nieprzygotowanego na takie spotkanie z zespołem.

    Przegadaj z nim to. W trudnych, emocjonalnych sytuacjach warto by osoba, która prowadzi takie spotkanie wiedziała co mówi i dlaczego. Nie ma znaczenia, że to zespół, który wcześniej rzucał mu kwiaty pod nogi, teraz oni są pod wpływem emocji, nie wiedzą co będzie. Są w trybie „emocjonalnym”. Po spotkaniu z szefem, warto by byli trochę bardziej „racjonalni”. Nawet jeżeli nie są przekazywane im dobre informacje. Zawsze warto zastanowić się jak to zrobić.

    ps. jeżeli jesteś osobą, która często widuje mityczne zwierzęta pod oknami, to… warto przed spotkaniem zespołem skorzystać z konsultacji psychiatrycznej;)