Archiwum

Po godzinach

CLICKBAIT czy historia o zwolnionym pracowniku?

Czasem, w sobotnie popołudnie, po ciężkim tygodniu pracy i obiedzie, zamiast przeczytać książkę, co zerka okładką i z wyrzutem o sobie przypomina, siadam przed komputerem i rzucam się w wir klikania. Szukam czegoś „nowego”. Przyznaję, że dziś na szczęście dla mnie, dość szybko klikać przestałam, bo na samym początku tego działania, wpadłam na wpis o „zwolnionym pracowniku” na LinkedIn. Ponad 700 polubień, ponad 200komentarzy, komentarz osoby, którą znam i lubię… to wszystko sprawiło, że dałam się złapać. Magia liczb. 700 wygląda mi na więcej niż tylko reakcje kolegów z tajnej grupy #zróbmysobiedobrzewsieci czy równie popularnej #tykliknieszmniejaciebie. Moje popołudnie zaczęłam więc od historii, a może historyjki o człowieku, który był świetnym handlowcem, pojechał na targi do Warszawy, tam się okazało, że dostał wypowiedzenie na spotkaniu z „Całym Zarządem”. Tenże CałyZarząd zabrał mu samochód służbowy, kazał wziąć udział w targach branżowych, dał bilet na pociąg do Wrocławia.

Czytam ze zrozumieniem, więc „coś” mi w tej historii (chociaż wzorowanej na najlepszych biblijnych wzorcach, przypowieściach, w których człowiek udaje się w podróż, a tam spotykają go różne niepowodzenia) nie pasowało.

Może to wszystko prawda? Może każe się człowiekowi brać udział w targach, żeby reprezentował firmę, z której właśnie został zwolniony? Może są gdzieś szefowie, kompletnie pozbawieni umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, która pozwala przewidzieć, że skoro ktoś został właśnie zwolniony, to może być słabą reprezentacją firmy na targach? Zakładam jednak, że jeżeli ktoś – jak opisany szef – był w stanie uknuć demoniczny plan, ściągnięcia handlowca do Warszawy pod pretekstem targów, wręczenia mu wypowiedzenia, to zakładał, że inna forma rozwiązania z nim umowy, może być obarczona ryzykiem niezadowolenia pracownika, wyrażonym w niechęci do oddania służbowego samochodu czy innych zasobów. Taki człowiek, lub grupa ludzi, byliby więc też w stanie przewidzieć, że proszenie tego handlowca by reprezentował firmę na targach, jest po prostu głupie. Nie trzeba zbyt dużej inteligencji emocjonalnej, społecznej, czy jakiejkolwiek, by to przewidzieć. Umiarkowany poziom psychopatii też wystarczy, żeby tę prawidłowość zobaczyć.

Czytam historyjkę i wyłapuję kolejną nieścisłość, skoro szef chce żeby człowiek brał udział w kilkudniowych targach, czy daje mu do ręki bilet na pociąg powrotny? Na dodatek bilet na pociąg wieczorem, czyli nasz bohater musiał był sam z biletem na ulicach nieprzyjaznej stolicy przez kilka godzin… Dość paskudny ten CałyZarząd.

Chcę jednak uwierzyć autorowi historyjki. Szukam czegoś, co sprawi, że mu uwierzę. W tekście upokorzony bohater wraca do Wrocławia o 1w nocy. Z ulgą konstatuję, że jest taki pociąg. O 1:04 na Wrocław Główny, przyjeżdża InterCity z Warszawy. Czyli to jednak jest prawda (sic!). Co za ulga!  Inni czytelnicy, bardziej obyci z podłością ludzką, nie mieli takich wątpliwości jak ja. Nie musieli też tak wnikliwie czytać tekstu. W komentarzach czytam o podłych szefach, którzy nie umieją zwalniać; wybierają terminy zwolnienia w urodziny; zwalają na covid; zwalniają najlepszych, bo „taka to Polska rzeczywistość”. Czytając komentarze, dochodzę do wniosku, że świat szefów:

  • to świat socjopatów, którzy polują na ważne daty w życiu pracownika, by właśnie w tym dniu go zwolnić. Ulubione daty dla takich wydarzeń to urodziny, wesela, komunie; wyjątkowo zajadli szefowie wybierają: zaręczyny, rocznice ślubu rodziców, a wyjątkowi koneserzy dręczenia pracowników wybierają – miesięcznice związków i urodziny znajomych(sic!) ?
  • to świat sabotażystów, którzy próbują wykończyć własne firmy, zwalniając najlepszych pracowników. Przecież każdy szef planuje jak pozbyć się najlepszego pracownika  „bez powodu” i „bez uprzedzenia”.
  • to grupa ludzi, która na pewno ma jakieś strony, na których dzieli się sposobami jak wykończyć najlepszych, wykorzystując hasztagi #kolejnydzieńwktórymupokorzyłemkolejnegopracownika, bo ta powtarzalność doświadczeń komentujących musi wskazywać, że istnieje jakiś poradnik jak zwolnić w wyjątkowo upokarzający sposób.
  • Komentarze to kilku zdaniowy opis sytuacji. Ludzie piszą w nich o kawałku swojego doświadczenia. Czy mogą je zniekształcać? Czy mogą wybrać to, co pasuje do ich wersji świata? Czy mogą zdeformować percepcję tego doświadczenia, gloryfikując siebie, a z osoby wręczającej wypowiedzenie zrobić, socjopatę, zło wcielone? Czy jest to możliwe, że za tą tak trudną emocjonalnie, społecznie  sytuację, całą odpowiedzialność chcemy zrzucić na osobę, która nas zwolniła? Czy jest jakaś chociaż mała możliwość, że poza psychopatycznym charakterem jest inny powód, przez który straciliśmy pracę? Czy jest możliwe inne wyjaśnienie?

    Czytając komentarze mam wrażenie, że większość szefów, których ja spotykam, to dewianci, jakieś wyjątkowo rzadkie egzemplarze.

    Szefowie, których poznałam w swojej pracy w większości:

  • wcześniej, zanim pracownika zwolnili, przygotowywali z nim programy naprawcze, przeprowadzali rozmowy itp.
  • mają doświadczenia, że pracownikowi przez x-miesięcy nie mogą wręczyć wypowiedzenia, bo „uciekł na lewe L-4”.
  • stresują się rozmową zwalniającą. Chcą się do niej jak najlepiej przygotować. Dzwonią, spotykają się, dopytując czy można „to” „tak” powiedzieć pracownikowi…
  • wiedzą, że wśród swoich obowiązków mają też „zwalnianie”, ale nie jest to ich ulubiona „rozrywka” i nie mają za każdego zwolnionego pracownika nacięcia na biurku. Sytuacje rozwiązania umowy z pracownikiem, traktują w kategoriach trudnego doświadczenia.
  • jeżeli z jakiegoś obiektywnego powodu, muszą zwolnić dobrego pracownika, próbują mu pomóc znaleźć pracę.
  • nie zwalniają najlepszych pracowników. Jeżeli sami się zwolnili, to chętnie ich przyjmują z powrotem, jeżeli chcą wrócić do firmy.
  • Czy tylko ja mam takie szczęście? Do takich ludzi? Czy to jest tylko „moja Polska” rzeczywistość?

    A może ta historyjka tylko CLICKBAIT?

    To pytanie pojawiło się w kilku komentarzach.  Tekst, który ma zapewnić autorowi „lajki”, „klikanie”. Tekst emocjonalny, uruchamiający nasze poczucie, że „świat nie powinien tak wyglądać”, „żaden bóg tak nie chciał”, „bohaterów nie razi się prądem” itp. Chcąc naprawić więc to zło, które wyrządził zły-zarząd-z-Warszawy dobremu-handlowcowi-z-Wrocławia, piszemy komentarz. „Też to przeżyłem, ale już jest dobrze”, „kolega kolegi też tak miał” – oswajamy doświadczenie. „Jaka to firma???” – krzyczymy, chcąc ukarać ich odpowiednim wpisem na ich firmowej stronie? „Taka jest Polska właśnie”… Emocjonalny tekst, emocjonalne komentarze.

    Jaki jest morał z tej opowieści? Ilu czytelników po przeczytaniu ponarzeka dzisiaj na złych szefów, którzy tylko czekają na koniec miesiąca żeby zwolnić nas sprawiedliwych i dobrych? Czy my jako czytelnicy tej przypowieści o człowieku wędrującym własnym samochodem do Warszawy, tam sponiewieranym i upokorzonym, który jednak zebrał swój dobytek w dwie torby i wrócił, wyciągnęliśmy jakiś pozytywny morał, poza tym, że jadąc do innego miasta na spotkanie z szefem, warto usunąć ze służbowego samochodu prywatne rzeczy, zabrać ciepłą kurtkę i samodzielnie sprawdzić połączenia kolejowe, żeby nie czekać aż do 20.45 na dworcu Warszawa Główna?

    Czy o to chodziło autorowi CLICKBAIT?

     

    ps. Wszystkich czytających, u których pojawi się podejrzenie, że jestem niepoprawną optymistką,  chciałam uspokoić, że „słyszałam” wiele mrożących krew w żyłach historii o szefach, psychopatach z różnych części Polski i tych „zagranicznych” też. Mówili mi je wiarygodni ludzie. Mam też personalia tych szczególnie niebezpiecznych i w miarę możliwości ostrzegam przed nimi rodzinę i przyjaciół. 🙂 Na szczęście nie poznałam ich osobiście.

     

    W szponach infodemii – czyli jak przeżyć weekend?

    W psychologii dość często używamy sformułowania, że „mózg jest ślepy”. W dużym uproszczeniu oznacza to, że mózg przetwarza te informacje, które mu dostarczysz. Co dostarczasz mu przez ostatni tydzień?

    Na części ekranów, zamiast zdjęć z uroczymi małymi kotkami, znacząco częściej pojawiają się informacje z Chin, Włoch (i nie chodzi o planowanie wakacji(sic!)); analizy giełdowe, trochę danych ze statystki oraz medycyny (pewnie odkryłeś już jak wielu znajomych ma wiedzę, którą przez lata ukrywało z biotechnologii, medycyny, analiz finansowych(sic!)). Dodatkowo znajomi, też raczej nie dzwonią do Ciebie, żeby się umówić na weekendowy wypad, tylko z informacjami, z których kiedyś śmiałbyś się, że naczytali się Nostradamusa, ale teraz sam się zastanawiasz czy…. przypadkiem klucz ptaków na niebie nie układa się w jakieś charakterystyczne kształty i niebiosa nie dają Ci jakiś znaków. Jeżeli w tym opisie rozpoznajesz kilka  swoich ostatnich dni, warto spojrzeć na swoje życie emocjonalne i strategie „ogarniania rzeczywistości” z poziomu „meta”.

    Zazwyczaj szukamy danych/liczb/faktów żeby zachowywać się racjonalnie. W normalnym, przewidywalnym świecie merytoryka pomaga i uspokaja. W czasach „infodemii”, kiedy wiele tekstów powinno być podpisane pseudonimem Kasandra, warto sobie uświadomić, że strategia poszukiwania informacji może skutkować podwyższonym ciśnieniem, problem ze snem, i kompulsywnym zastanawianiem się czy ta chrypka to tylko chrypka, czy właśnie jesteś pacjentem zero w swojej rodzinie. Spora część tekstów, które czytasz, nie działa na poziomie merytorycznym, racjonalnym, tylko emocjonalnym. Czytając kolejną biografię osoby z covid, porównując ją z własnym życiem, nie dostarczasz sobie informacji, które pomagają Ci się lepiej poczuć, mieć siłę na kolejny tydzień. Dostarczasz sobie informacji, które męczą cię na poziomie emocjonalnym. Informacje, które czytasz niewiele już na twoje życie wpływają, bo raczej i tak już ograniczyłeś swoje „wyjścia”, „kontakty”, zrobiłeś odpowiedni wywar z imbiru, kupiłeś kolejne mydło, zrobiłeś zakupy. Strategia, która wcześniej była, być może dla Ciebie idealna – poszukiwanie informacji, danych – teraz przez to, że do komputerów dorwały się Kasandry grafomanki, stała się negatywną.

    Zrobiłeś wszystko co mogłeś zrobić w tym momencie. Jeżeli nie planujesz spekulacji na giełdzie, inwestycji w maseczki chirurgiczne, zakup akcji Orlenu, to…. przed tobą kolejne zadanie – czekasz. Sama sytuacja izolacji jest trudna. Nie wiemy co wydarzy się w następnych tygodniach, bo w przypadku covid-19 nie mamy danych historycznych. Pierwszy raz jesteśmy w tej sytuacji. Przed tobą weekend. Dwa dni. Zrób w sposób świadomy coś, co da ci siłę, energię na kolejny dzień. Zrób coś, co pomoże Ci przetrwać kolejny tydzień.

    Zastanów się:

  • Co zazwyczaj pomaga Ci w trudnych sytuacjach? Czy teraz możesz to zrobić?
  • Czy masz kogoś, z kim kontakt Cię uspokaja, po rozmowie z kim czujesz się zazwyczaj lepiej? Czy możesz teraz z nim/z nią pogadać?
  • Czy jest jakaś aktywność, która daje ci pozytywne emocje? Czy możesz teraz to zrobić?
  •  

    Jeżeli musisz zbierać informacje o covid-19, to:

  • Zastanów się, które strony są dla Ciebie naprawdę wartościowe, które wnoszą rzetelne informacje.
  • Ogranicz czas twoich analiz. Załóż, że w sobotę, poświęcisz np. 30min, 40 min, 60min(?) na czytanie o covid-19. Nie dręcz siebie i rodziny liczeniem poszczególnych osób zakażonych na świecie. Pomierz sobie inne rzeczy w ten weekend(sic!).
  • Rozejrzyj się wokół siebie, czy twoje notatki prasowe ze świata zagrożeń epidemiologicznych pomagają twoim bliskim przeżyć dzień, czy oni jeszcze bardziej się przez to stresują? Pomagasz im czy wykańczasz?
  •  

    Oszczędzaj siły:)

    Odporności!!!:)

    O „kontentach” na LinkedIn i pluralistycznej ignorancji

    W filmie Woody Allena „Mężowie i żony” profesor literatury z kryzysem wieku średniego, omawia w taksówce swoją nową powieść, z wyjątkowo ponętną (co potwierdza ilość zakochanych w niej mężczyzn z kryzysem wielu średniego) studentką. Profesor okłamał ją, że to ona  jest pierwszą czytelniczką jego powieści (wcześniej czytała ją jego żona). Studentka, gra ją Juliette Lewis, komentuje, że powieść jest świetna, świetnie się czyta, świetnie napisana. Zachwyt studentki – bezcenny. Jednak kilka scen później, po kilku zwrotach akcji,  studentka komentuje jeszcze raz dzieło pisarza.  Powieść jest schematyczna, postacie stereotypowe, szczególnie rozczarowało ją to, jak jej ulubiony profesor opisuje świat i kobiety.

    Dlaczego nie powiedziała prawdy od razu? Dlaczego nie wyraziła swojej prawdziwej opinii na temat książki? Dlaczego nie była szczera?

    Przypomniałam sobie tę scenę, czytając ostatnio kilka artykułów na LinkedIn. Zastanawiam się czy to były jednak artykuły; czy może bardziej felietony(?), fragmenty pamiętników(?), a może po prostu te osławione „kontenty”, o których znaczeniu tak wiele mówi się w social media. Lubię czytać, dużo czytam, chociaż mocno do serca wzięłam sobie wypowiedź jednego z profesorów, który na zajęciach powiedział nam, że kulturalni, inteligentni ludzie nie powinni mówić o tym, że czytają, bo to w ich przypadku powinna być rzecz oczywista. Inny profesor powiedział nam, że jeżeli czytając jakąś publikację, nie dowiemy się niczego nowego, to jest to ewidentna strata czasu. Czas – rzecz bezcenna – dobrze więc staranie dobierać lektury.

    Czytając teksty na LinkedIn nie spodziewam się bogatej w postacie, skomplikowanej narracji jak u Dostojewskiego, czy nagłych zwrotów akcji jak u Kinga, ale CZEGOŚJednej myśli, zdania, które będzie inspirujące, nowe. Wpadając w szpony algorytmów social media, coraz częściej trafiam jednak na „kontent”, nowy rodzaj publikacji. „Kontent” udaje, że jest artykułem specjalistycznym, poradnikiem, ma sporo polubień i komentarzy. Ufna jestem z natury(sic!), więc zakładam, że skoro  n-osób polubiło daną publikację, to i zawartość nieść musi myśli, które wniosą coś i w moje życie intelektualne. Czytam tekst polubiony przez czytelników, okraszony brawami i… nie ma tam nic:

    1. poza oczywistościami, (ale „więcej” obiecuje mi autor, znajdę podczas jego szkolenia, konsultacji);
    2. poza błędami merytorycznymi, uproszczeniami, lub wręcz pseudowiedzą.

    O ile ta pierwsza sytuacja sprawia, że więcej już „kontentu” tego autora nie przeczytam. O tyle druga – sprawia, że mam ochotę skomentować, dopowiedzieć coś od siebie, żeby autor mógł doczytać, sprawdzić. Naiwnie zakładam, że jak autor dowie się czegoś nowego, to pomoże mu lepiej uzasadnić jego tezy. Zakładam, że autor „kontentu” mija się z prawdą, bo może czegoś nie wie, nie trafił na książkę z bibliografią, dlatego pisze „rzeczy nieprawdziwe”. Przecież każdy autor chętnie sobie wiedzę poszerzy, pozna inny punkt widzenia.  Szczególnie chęć dyskusji wzbudzają we mnie seksistowskie, negatywne uwagi o „paniach z haerów”, blondyneczkach i inne „heheszki” na temat płci, bo jak wiadomo mężczyźni pracujący w miastach i wsiach, to sami profesjonaliści, tylko te baby… Jedna Curie-Skłodowska była ok, reszta to bezsensownie wydane pieniądze na edukację(sic!). Bardzo do dyskusji zachęcają mnie też fragmenty o wychodzeniu ze strefy komfortu, i o tym jak podle wygląda życie człowieka, który nie wyszedł z tejże strefy(sic!). Wyjaśnianie wszystkich zachowań człowieka koncepcją Maslowa, też sprawia, że mam ochotę przywołać w komentarzu kilka nazwisk i badań, które mają wskazać autorowi, że w psychologii czasem warto też coś poczytać w całości, a nie tylko korzystać ze streszczeń. Muszę się też przyznać, że silne emocje wzbudzają we mnie teksty, w których pojęcia tłumaczone są innymi pojęciami, a te kolejnymi… Treści niewiele, ale za to słownik terminów (jakiś terminów) studiowany był przez autora konsekwentnie.

    Zanim jednak napiszę komentarz, który ma za zadanie,  pokazać autorowi inną perspektywę, czytam co już inni napisali w komentarzach, żeby „nie mnożyć bytów w nieskończoność” i nie powtarzać myśli, którą ktoś już sformułował.  Czytam komentarze pod postem: „Świetne”, „Jak zawsze w punkt!”, „Bardzo ciekawe”, „Brawo Mścisławie!!!”.

    Czytam ze zrozumieniem. Sporo tekstów przeczytałam zarówno naukowych, jak i wspomnianego wcześniej Dostojewskiego też samodzielnie ogarnęłam i  zastanawiam się o co chodzi. Co w tym, co autor napisał ma zachwycać??? Tym bardziej, że nie mamy do czynienia z uczniem klas I-III, którego zachęcamy do pisania, i cieszymy się, że maluch samodzielnie coś napisał. Literki koślawe, ale pierwsze wymyślone przez latorośl zdanie, w laurce, na Dzień Matki: „Dziękuję mamo, że dajesz mi jedzenie!”, brzmi jak praca magisterska o konsumpcji, piramidzie żywieniowej i miłości dziecka do matki…

    Miłość jest ślepa, a LinkedIn jednak to portal biznesowo-zawodowy

    Wśród kilkudziesięciu komentarzy  wreszcie znajduję kilka krytycznych, w których czytelnicy zwracają uwagę autorowi, że „to, co pisze nie do końca jest prawdą”, albo „że uprościł zbytnio”,  że „nie wziął pod uwagę kilku zmiennych„, dopytują o użyte pojęcia,  albo już dosadniej ci bardziej nerwowi piszą, „że to pseudowiedza”, lub że „szkodzi zatruwając umysły niewprawnych czytelników”. Pod spodem reakcja autora i kolegów autora: „Gratuluję masz swojego hejtera”; „ten Pan/ta Pani jest z tego znana” albo „Nie powinien Pan w ten sposób atakować ludzi, Pan Mścisław/Pani Mścisława to świetny człowiek, profesjonalist(k)a, wie co pisze”…. i następuje spijanie sobie z dzióbków, trzepotanie rzęsami.

    Na szczęście autor mężnie uspokaja kolegów, że „da sobie radę i że cóż, takie czasy, trzeba znosić ataki i język nienawiści”...

    Kurtyna.

    Chociaż chciałam coś napisać w komentarzu, to już nie napiszę, bo nie chcę by przy moim nazwisku pojawiło się określenie „hejter”; nie chcę dyskutować na poziomie argumentów „ad personam”. Chociaż chciałam coś napisać, to mam poczucie, że to nic nie da, bo tu o „kontent” chodzi, ilość wyświetleń, pozycjonowanie. Każdy mój komentarz, tylko „zrobi zasięgi”. Ten wpis to tylko zwykły element sprzedaży. Ktoś  na szkoleniu powiedział autorowi, że „kontent” ma być, więc on go przygotowuje. Tylko coś zgrzyta, że nie jest to opatrzone jakimś ostrzeżeniem typu „artykuł sponsorowany”, a autor wabi w swoim opisie samego siebie, że jest „autorem wielu artykułów specjalistycznych i książek”(sic!). W jego „kontentach” nie chodzi o wymianę poglądów, dyskusję. Miałam to szczęście, że podczas mojej całej edukacji, a także „offline” spotykałam głównie ludzi, którzy  są otwarci na „inne zdanie”. W social media, na niektórych profilach celem nie jest dyskusja, rozmowa, ale zachwyt, lajki i komentarze „dałeś czadu”, „ten wpis to samo życie”(sic!). Widać to chociażby po tym, jak Ci, którzy komentując nie zachwycają się, tylko piszą o swoim zdaniu, są atakowani, blokowani. To oni mają ksywkę „hejterów”.

    W psychologii społecznej opisuje się  zjawisko określane jako pluralistyczna ignorancja. Pluralistyczna ignorancja polega na tym, że ludzie nie wyrażają swoich prawdziwych poglądów, bo boją się negatywnych reakcji grupy. Boją się odrzucenia, ataków. Nie ujawniając swoich opinii, podtrzymują fałszywy obraz jakieś sytuacji (Gilovich i Ross, 2017, s. 164-165).

    Tutaj pojawia się pytanie, czy w interesie autora tekstu jest poznać „inne zdanie”?

    Gdy chodzi o zasięgi, merytoryka nie ma znaczenia?

    Czy komentarze mają tylko wzmocnić  narcystyczną stronę osobowości autora? Zaspokoić jego potrzebę aprobaty?

    Czy jak się coś pisze, to warto jednak usłyszeć inne zdanie, bo dzięki temu człowiek może coś doczytać, sprawdzić, zrozumieć?

    W języku francuskim „content” oznacza zadowolony, szczęśliwy. Mam wrażenie, że „content” w social media, coraz mniej daje dobrą jakościowo treść, a coraz częściej to „zadowolenie”. Niestety, zadowolenie tylko autora i kolegów, z którymi umówił się na wzajemne promowanie tegoż „content’u”.

     

    ps. Jeżeli znają Państwo jakieś ciekawe strony, blogi, to chętnie przyjmę rekomendacje. Rekomendacje nie muszą być w komentarzach, żeby nie było, że „podbijam zasięgi”;)

     

    Gilovich, Ross (2017) Najmądrzejszy w pokoju. Wydawnictwo Smak Słowa.

    Dzieci listy piszą. Dorośli ludzie już (nie) piszą?

    Pewna drugoklasistka, co tydzień, ma jedno zadanie. Dziewczynka, lat osiem, pisze list do koleżanki lub kolegi ze swojej klasy. Raz w tygodniu, dostaje też list od jednego ze swoich rówieśników.

    Co piszą ośmioletnie dzieci do siebie? Continue reading “Dzieci listy piszą. Dorośli ludzie już (nie) piszą?” »

    bakeMAnia – dla tych, którym chce się żyć:)

    Uwaga!!! W tekście wprost i bez skrupułów, reklamuję pewnych ludzi i pewne miejsce.

    Czy zastanawiałeś się kiedyś co daje ci poczucie szczęścia?

    Kiedy czujesz się szczęśliwy? Chodzi o tę dawkę endorfin, która sprawia, że troszkę bardziej chce się żyć. Guru od szczęścia mówią: pobiegaj; myśl pozytywnie; zrób coś dla siebie. Tysiące rad jak żyć, a ty i tak biedaczku, czasem wpadasz w dół. Z tej perspektywy, wzgórza samozadowolenia i szczęścia wydają się bardzo odległe. Co wtedy może pomóc? Inny człowiek? Banalna odpowiedź, biorąc pod uwagę, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, oczywiste jest to, że obecność innych ludzi, może dać mu szczęście. Problem to odpowiedni dobór tych ludzi. Nie każdy, niestety, kontakt to 100% gwarancja poczucia, że warto żyć. Świat marud, którym życie nie wyszło – bo żona nie taka; mąż nie spełnia oczekiwań; dzieci nie takie; szef nie taki; praca nie taka – sprawia, że zniechęcamy się do kolejnych spotkań. Wybieramy własne przytulne kąciki na kanapie i bezpiecznie odcinamy się od wampirów energetycznych, przy których żyć się nie chce.

    Gdzie znaleźć ludzi, przy których człowiek ma szansę poczuć, że warto?

    Continue reading “bakeMAnia – dla tych, którym chce się żyć:)” »

    Sewillskie Madonny czyli o „najsilniejszych kobietach na całym świecie”. O kobietach na dzień kobiet

    Sevilla przygotowuje się do celebrowania Wielkiego Tygodnia. Świadomie użyłam słowa „celebrowanie”, bo to, jak przygotowują się Hiszpanie, a właściwie mieszkańcy Sewilli, do obchodzenia świąt Wielkiej Nocy, to prawdziwe „oddanie”, „zaangażowanie”, „wiara”. Oni celebrują. W polskich kościołach kluczowym miejscem odwiedzanym przez wiernych jest grób. W Sewilli w kościołach najważniejsze są Madonny, postacie Maryi. Figury Matki Boskiej, ubrane w szaty, są ustawiane przed ołtarzami. Podczas procesji będą noszone na specjalnych „platformach”. Kilkudziesięciu mężczyzn ulicami Sewilli będzie niosło, w trakcie procesji, platformę na której jest figura Maryi. Zanim jednak w tym roku rozpoczną się procesje, wierni od 5.03 ustawiają się w kolejkach, by się jej pokłonić, pocałować jej dłoń, popatrzeć w jej twarz. Continue reading “Sewillskie Madonny czyli o „najsilniejszych kobietach na całym świecie”. O kobietach na dzień kobiet” »

    Milion dolarów…? Komu? Komu? Bo… Perelman nie chce! Motywacyjne dylematy…

    Pracujesz. Umiesz coś, czego inni nie umieją. Tworzysz. Działasz. Odkrywasz. „Geniusz”. Dostajesz nagrodę. Milion dolarów.

    Co robisz?

    Co to za pytanie…? Ten ciąg zdań kończy się kolejnymi, oczywistym odpowiedziami: „Przyjmuję z honorami zasłużoną nagrodę. Przygotowuje sobie przemowę, w której dziękuję rodzicom, którzy zapisali mnie na szachy. Wujkowi, który opowiedział mi o topologii. Ukochanej, lub ukochanemu, któremu teraz obiecujemy poświęcić więcej czasu”. Twoim jedynym problemem staje się „Co zrobić z milionem dolarów?”. Czy można odmówić przyjęcia takiej nagrody? Każdy z nas uśmiechnąłby się, zdziwiony pytaniem. Ty, ja… KAŻDY z nas przyjąłby nagrodę. Każdy, ale nie Perelman.

    Continue reading “Milion dolarów…? Komu? Komu? Bo… Perelman nie chce! Motywacyjne dylematy…” »

    Sanatoryjne homo sapiens, rzecz nie tylko dla tych, co bliżej im do emerytury, niż wspomnień z młodości.

    Czasem człowiek trafia do miejscowości, która od ponad stu pięćdziesięciu lat chlubi się tym, że jest uzdrowiskiem. Oznacza to, że ktoś kiedyś oficjalnie odkrył to, co miejscowa ludność wiedziała od wieków. Miejscowi od wieków przychodzili i pili, albo nie pili, bo widzieli,  że żaby zdychają obok. Ktoś, jakieś sto pięćdziesiąt lat temu przyjechał, ktoś, kto z alchemika, wraz z postępem nauki, stał się chemikiem, wskazał, co w tej wodzie jest. I tak mamy pijalnię wód, park zdrojowy i sanatoria. Na starych zdjęciach, powieszonych w różnych miejscach uzdrowiska, widać kobiety w pięknych sukniach, fantazyjnych kapeluszach; panów elegancko ubranych z laseczkami w dłoniach i letnich nakryciach głowy. Patrzysz na zdjęcie, rozglądasz się wokół z pewnym rozczarowaniem. Niby jesteś w tym samym świecie, w tym samym parku, zaledwie 150lat później. W kontekście 300.000 lat życia człowieka na Ziemi, to naprawdę chwila. Rozglądasz się jeszcze raz i… INNY ŚWIAT. Gdzie te damy, gdzie ci panowie? Jest za to szczególny bywalec tego świata, pojawiający się przede wszystkim w przestrzeni parkowej – to mężczyzna.  Continue reading “Sanatoryjne homo sapiens, rzecz nie tylko dla tych, co bliżej im do emerytury, niż wspomnień z młodości.” »

    Dzwonię do Pani w takiej nietypowej sprawie… czyli trzy rozmowy, o których wolałabym żeby się nie odbyły! Rozmowa 1.

    W życiu dorosłego człowieka, przychodzi taki moment, że postanawia zrobić sobie wizytówki. Jak już je ma, to zazwyczaj rozdaje je bez opamiętania przy każdej okazji, którą niewątpliwie jest każde spotkanie biznesowe i niebiznesowe. Niepohamowana chęć pozbycia się wizytówki, koresponduje z chęcią innych ludzi, by dzwonić do osób, których numer posiadają. Pozornie więc wszyscy są szczęśliwi. Ty rozdajesz wizytówki, oni dzwonią. Wszyscy wiemy, że w tym zawodowym rozdawnictwie wizytówek, jest rozpaczliwa walka o fundusze na pożywienie dla ciebie i rodziny oraz spłatę kredytu we franku szwajcarskim. Napis na wizytówce: „dziękuje ci, że dzięki tobie spłacam swój kredyt” lub błagalna prośba, „dzwońcie do mnie” lub „dawajcie mi pracę”, tudzież proste hasła „dużo pracy=dużo jedzenia„, nie robiłyby najlepszego wrażenia, dlatego z uśmiechem mówisz: „gdyby miała Pani jakieś pytania, proszę dzwonić”; „jeżeli coś mogę jeszcze wyjaśnić proszę dzwonić„. Co sprytniejsi wiedzą, że warto na wizytówce coś dopisać. Oczywiście puryści wizytówkowi powiedzą, że absolutnie nic nie wolno pisać na wizytówkach, bo to nieeleganckie jest.  Eleganckie, nieeleganckie…? Tego nie wiesz, ale gdy dopiszesz na wizytówce numer telefonu, to jest szansa nieco większa, że człowiek nie od razu tę wizytówkę wyrzuci. Wizytówka wydaje mu się taka bardziej spersonalizowana. A jak nie wyrzuci, to może zadzwoni.

    Continue reading “Dzwonię do Pani w takiej nietypowej sprawie… czyli trzy rozmowy, o których wolałabym żeby się nie odbyły! Rozmowa 1.” »

    O paleniu, rażeniu prądem, demotywatorach, motywacjach i krzaku agrestu – rzecz o postanowieniach noworocznych

    – Czy masz już postanowienia noworoczne? – pytanie dopada mnie ze wszystkich stron.

    Ludzie z niezrozumiałych dla mnie powodów, zakładają, że jak ktoś jest psychologiem to na pewno ma postanowienia noworoczne, tak samo jak każdy konsultant Lean eliminuje marnotrawstwo w swoim życiu prywatnym, a każdy konsultant six sigma podejmując jakieś decyzje robi sobie DMAIC i dręczy rodzinę MINITABEm… Litości! Continue reading “O paleniu, rażeniu prądem, demotywatorach, motywacjach i krzaku agrestu – rzecz o postanowieniach noworocznych” »